Kwiatkowski Zbigniew

Z korespondencją pana Zbigniewa Kwiatkowskiego łączy się przynajmniej kilka wątków:
jej autor urodził się na Wołyniu, a z wrocławskim oddziałem Towarzystwem Miłośników Wołynia i Polesia
utrzymywaliśmy od lat bardzo serdeczne związki, dalej: podobnie jak cała jego rodzina był zesłańcem,
a pamięć o tych tragicznych latach wszystkich nas zobowiązuje, przynajmniej do kronikarskiego zapisu minionych zdarzeń
i wreszcie – o czym sam obszernie pisze – był polskim Afrykańczykiem, wymienia sporo nazwisk i związanych z nimi faktów,
z pewnością ułatwiających dalsze poszukiwania.

Zatem w imieniu Towarzystwa Przyjaciół Grodna i Wilna we Wrocławiu, zamieszczając nadesłane listy na naszej stronie,
najserdeczniej dziękujemy za trud podzielenia się z nami wszystkimi bardzo interesującymi wiadomościami z Masindi;
poniżej dodając też kilka adresów internetowych.

Strony o Wołyniu. Data powstania strony: listopad 2008 r., ostatnia edycja: luty 2018 r.
KOŚCIELNY FUTOR gromada Białaszówka, gmina Berezne, powiat Kostopol,
woj. wołyńskie parafia Potasznia – http://wolyn.freehost.pl/miejsca-k/koscielny_futor-03.html

People in story: Leontyna Kwiatkowska, Jadwiga Kwiatkowska, Tadeusz Kwiatkowski, Zbigniew Kwiatkowski,
Stanislaw Kwiatkowski (1940). Fot.: moja SIOSTRA Jadwiga (13 l) i Leontyna ze Stanisławem nasi RODZICE;
miejsce wywozu: Darowatka/dzisiejsza Kostromska Oblast.

Contributed on: 27 January 2006 – https://www.bbc.co.uk/history/ww2peopleswar/stories/41/a8905241.shtml

Mieszkałem w Nyabyeya – historia Zbigniewa Kwiatkowskiego. Opublikowano:
27 lutego 2017 – http://halo-uganda.pl/mieszkalem-w-nyabyeya-historia-zbigniewa-kwiatkowskiego/

Masindi: Opowiada Zbigniew Kwiatkowski. 3 marca 2013. Afryka Inaczej, Czytelnia – http://afryka.org/masindi-opowiada-zbigniew-kwiatkowski/

Krzysztof F. Krakow, Poland. Forgotten Polish Refugee Church and Cemetery from II WW in Uganda.
Review of Polish Cemetery Masindi. Reviewed 9 June 2014
https://www.tripadvisor.co.uk/ShowUserReviews-g644031-d4325305-r209548663-Polish_Cemetery_Masindi-Masindi_Western_Region.html















Magdalena Dubanowiczowa z d. Cieńska: 22 Mar 1895 – 20 Jan 1996 r.

Parę lat wstecz przetłumaczyłem tę ksiażkę na angielski (istnieje jako rekopis) z myślą o własnych potomkach.
Rodzaj uzupełnienia do własnych i Ojca wspmnień. Nasza deportacja to szczególny paradoks życia.
Uniknęliśmy losu naszych sąsiadów, gdy Futor został zniszczony, nie jestem zupełnie pewny, ale chyba w Maju
i Wrzesniu ‘43 r. Dubanewiczowa opisała warunki nieznane dużej ilości wygnańców, ktorzy, jak my, Syberię
poznaliśmy dopiero po amnestii ‘41 r.

Marian Pacholak

NUKAT – http://katalog.nukat.edu.pl/search/query?term_1=dubanowiczowa&theme=nukat

Do 1989 r. książki te nie miały prawa zaistnieć w naszej świadomości – zob.: Ewa Bagieńska, Wychowana w Biurze Katalogowym,
czyli: Jak się katalogowało książki w starym BUW
http://archiwalna.buw.uw.edu.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1086&Itemid=208

"Co katalogowaliśmy? Najwięcej książek, tak jak i dziś, przychodziło jako egzemplarz obowiązkowy od wydawców. [...] Niezwykle ciekawe
były te polskie, wydawane na Zachodzie. Czytelnikowi dostęp do nich utrudniano, ponieważ były automatycznie wstawiane do „Cymeliów"
czasem nawet, co groźniejsze politycznie, do „Cymeliów S". W Biurze zawsze były przechowywane w pokoju kierowniczym, ale zanim trafiły
do Magazynu wszyscy zainteresowani mieli okazję podczytywać. Pamiętam, ile emocji przeżywaliśmy kartkując np. wspomnienia Aleksandra Wata,
czy relację z zesłania do Kazachstanu pani Magdaleny Dubanowiczowej. W oficjalnej historiografii takie fakty nie istniały. Możliwość sięgnięcia
po zakazaną literaturę dawała poczucie odrobiny wolności w socjalistycznej codzienności".

Dziś są źródłem historycznej i publicystycznej dyskusji; zob.:
Tadeusz Sucharski, Przestrzeń śmierci – przestrzeń przetrwania. Obrazy środkowoazjatyckich republik sowieckich w polskiej literaturze zesłańczej
i łagrowej
, [w:] Wschód muzułmański w literaturze polskiej : idee i obrazy, red. G. Czerwiński, A. Konopacki, Białystok 2016, s. 233-263
https://repozytorium.uwb.edu.pl/jspui/bitstream/11320/4818/1/Czerwiński_wschód-muzułmański_DRUK.pdf
Ewa  Kowalska, W poszukiwaniu interpretacji rzeczywistości zsyłkowej lat 1940-1941, „Niepodległość i Pamięć” 1998 nr 5/2 (11), 199-215
http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Niepodleglosc_i_Pamiec/Niepodleglosc_i_Pamiec-r1998-t5-n2_(11)/Niepodleglosc_i_Pamiec-r1998-t5-n2_(11)-s199-215/Niepodleglosc_i_Pamiec-r1998-t5-n2_(11)-s199-215.pdf

Polskie Osiedle Masindi.
Zbigniew Kwiatkowski
<zbigniewkwiatkowski@btinternet.com>
śr., 24 lip. 2019 r.

Pozdrawiam,
Jestem byłym mieszkańcem tego Osiedla, przybywszy tam na Wigilie 1942 r. Czy interesują Pana szczegóły z życia Osiedla?
Jozef Klincewicz, pochowany na Kościelnym Cmentarzu to nasz bliski sąsiad i mój opiekun szkolnej klasy.

Marian Pacholak <mmpacholak@gmail.com>
25 lip 2019 r.
Witam serdecznie,
oczywiście, że tak; nb. jest Pan w Spisie - KWIATKOWSKI Zbigniew, 23-8-1936, Masindi
https://grodnowilno.locloud.pl/files/original/1e400c7ecd5b1050b58b2ece7bc2e7e1.pdf

Sp. Pan Klincewicz jest pochowany w Masindi - Klincewicz Józef, ur. 27.02.1905 r., zm. 02.01.1945 r., numer nagrobka 39
- http://www.polskiecmentarzewafryce.up.krakow.pl/cmentarz/3

Zbigniew Kwiatkowski
czw., 25 lip. 2019 r.

Bardzo mnie przyjemnie. To spis ‘44 r., dom w którym mieszkaliśmy był podzielony na trzy części.
Jeden koniec zamieszkały przez Elżbietę Draczkowska/c. Irena, środek/Maria Marzec, Zbigniew i Danuta,
nasza Rodzina w lewym końcu patrząc się od ulicy. Klincewicz mieszkał naprzeciw nas od tylu.
Na blogu Beaty Borowieckiej (Halo-Uganda) zamieściłem krotki opis naszych przeżyć z fotografiami.

Wnioskuję ze Pan wie o numerowaniu poszczególnych części Osiedle, nie były budowane w kolejce numerowania,
ani położenia po trojce. To zaznaczyłem na mapce blogu Beaty. Patrząc sie na satelitarna mapę, wjazd do 5-tego obozu,
gdzie mieszkałem, był na drodze prowadzącej na północ od Kościoła około 500 m po lewej.
Następna ulica zajmowana szkoła, ostatnia gdzie my mieszkaliśmy.

W toku spisywania historii moje Rodziny parę razy spotykałem zapisy o Osiedlu, ale przeważnie z opowiadań drugiej reki.
Widziałem wspomnienia o CHODZENIU do Masindi, WYJAZD za przepustka, owszem ale nie chodzenie około 30-tu kilometrów.

Chodziło sie do jednego z dwóch Hinduskich sklepów przy tartaku na drodze do Butiaby albo na rynek w Nyabyeyi.
Pragnę by jak najwięcej faktów bez mylących pomyłek zostało sie na przyszłość.

Brat Moj, Tadeusz był ostatnim sekretarzem Hufca Harcerskiego Masindi, posiadam swoje świadectwa szkolne
i niektóre podręczniki Rodzeństwa (wydane w Jerozolimie) razem z oryginalną pieczątką Hufca Harcerskiego.
Teren i najbliższe okolice Osiedla dobrze pamiętam z wyjątkiem szczegółów Pierwszego, gdzie prawie nigdy nie zawitałem.

Chyba na razie dosyć, oczekuje Pana reakcje i pytania. Dziękuje za załączone linki.
Serdecznie, Z.

Osiedle Masindi/Uganda.
Zbigniew Kwiatkowski      
niedz., 11 sie, 2019

Witam Pana,

Jeśli to Panu będzie odpowiadało ograniczę sie do wspomnień e-mailowych. Dyspozycja w pełni Pańska.

Po przybyciu na teren Osiedla, następnego dnia przywitał nas pożar pobliskiej trawy, upłynęło parę dni nim przenieśliśmy się
na stale do 5-tego Obozu. Tu zaznaczę że, potocznie, nigdy nie słyszałem użycia nazw poszczególnych części Osiedla
oprócz ulicy “Jak kto chce” (główna droga przez Osiedle) i “Pańska ulica” (administracja Osiedla). Potocznie używaliśmy numery.

Z początkiem ‘43 r. poszłem do Szkółki, która mieściła się w północno-wschodnim kątku 4-tego Obozu/pojedynczy budynek.
Opodal płynął malutki strumień, którego piaszczyste dno roiło się dziesiątkami drobniutkich żółwiów. Wielka uciecha nasza w przerwach od nauki.

W krótkim czasie otwarta została Powszechna Szkoła Nr 2 na terenie 5-tego Obozu. Przyległa, pod prostym kątem, do ulicy “Jak kto chce”
wjazd zabezpieczony wbitymi palami z obu końców. Było tam sześć budynków. Pierwszy od Obozu był magazynem.
Blisko na północ od Szkoły była Świetlica.

Uczeniem zajmowali sie Jozef Klincewicz, Maria Aksentowicz, Helena Rozbicka i dwie młode panie,
których nazwisk nie mogę przypomnieć. Dyrektorka była Zofia Karocka, szczupła blondynka lubiana i poważana przez uczni[ów].
Lekcje odbywały sie 6–ść dni w tygodniu 8-1/8-12 na zmianę. Sobota zawsze 8-12. W późniejszych latach,
gdy ludzie zaczęli wyjeżdżać z Osiedla Szkoła została połączona z Pow. Sz. Nr. 2 na terenie 3-ciego Obozu,
gdzie też istniały Gimnazjum Og.Kszt./Liceum i Szkoła Zawodowa. Pani Karocka została dyrektorką połączonych Szkół.

Wspomnę o planie Osiedla w Pańskim posiadaniu, dolna ulica 5-tego dochodziła do głównej tylko nie było domów w tym końcu przez 50/60 metrów.

Na południe od naszego domu, brzeg Środkowego Placu stal mały wodociąg, pompa z silnikiem Petter napełniała zbiornik na dachu,
który zaopatrywał parę kranów rozmieszczonych na ulicach Obozu. W pobliżu był[y] magazyny, ogólny i z żywnością.
Miedzy tymi domami a naszym mieszkał Jozef Klincewicz. Z nim Rysiek Korycki, ministrant kościelny, którego matka zmarła w Kazachstanie.

Osiedle, rozłożone wzdłuż luku głównej drogi (ulica “Jak kto chce”) było około półtora kilometrów długie od bramy wjazdowej,
na drodze Masindi-Butiaba do ostatnich domów 8-mego obozu które nie dochodziły do głównej drogi.

Widziałem [w]zmianki w wspomnieniach o “słoniach ocierających sie o trzciny domów” Osiedla, niestety nigdy nie słyszałem
o tym mieszkając tam, słonie widziane jedynie około Butiaby na brzegu Jeziora Alberta, odlegle o 40 km. Hieny na Osiedlu,
bardzo rzadko, nocami. Węży widziałem 4. Dwa w strzesie domu sąsiedniego, jeden na własnym podwórku.
Zabiły go kury na moich oczach chociaż miął około półtora metra długości. Czwarty to ogromny pyton zastrzelony
na terenie 6-tego Obozu (sierociniec), mierzył 5m 17cm.

Jedyny wypadek z wężem, o którym wiem to plująca kobra w składzie Gimnazjum,
chłopak ofiara długo był leczony nim wzrok powrócił do normalności.

Jednak........w końcu naszej ulicy, miedzy 5-8 obozami było boisko i pole manioku. Maniok rośnie do dwóch metrów wysokości,
tam znalazłem i z duma przyniosłem wężową skórę (częściowo zniszczona) około tej długości. Skrzyczany przez Mamę,
wtedy  uświadomiłem że niedawny właściciel mógł być w pobliżu.

Domy Osiedla były na zboczu “Góry Wandy” (Nyabyeya), najdalsze budynki 8-mego Obozu już były na płaszczyźnie.
Dalej pole uprawne, trawa słoniowa i gesty las. 150/200 metrów w głąb wypływał strumień, którego źródła nie znałem,
ale w strumieniu budowałem często tamę z rówieśnikami nie zwracając uwagę na czas.

Strach prędkości dodawał, gdy biegliśmy do domu o zachodzie słonka. Strumień ten płynął na południowy zachód,
skręcał na północ przez rozlegle bagno nim kierował sie na północny wschód. Tu juz był wartko płynący wzdłuż wysokiego prawego
brzegu pokrytego lasem. Raj dla nas, gdy Szla tam wycieczka szkolna.

W tych pierwszych miesiącach życia na naszej ulicy dużo sie zmieniło. Susza przeszła, pierwsze deszcze i zielenizna wokół.
Mama skopała ziemie koło domu i zaczęła sądzić warzywa. Skąd nasienie?, nie wiem. W zupełnie krótkim czasie zaczęły
rosnąć ziemniaki, kapusta, marchewki i cebula. Z czasem mięliśmy rząd kukurydzy, 6 drzewek paw-paw, banana i ananasa.
Ananasy rzadko sadzono przy domach by nie zachęcać komarów w wklęśnięciu liści.

Mała pieniężna, miesięcznie wypłacana, zapomoga umożliwiała zakup żywności na niedalekim rynku tubylczej wioski.
Owoce były tanie, jajka też. Bardzo drogie były jabłka, kiedy się pojawiały w Osiedlowym w Sklepie.
Z czasem mięliśmy kury i własne jajka. Okazyjnie, szczególnie na Boże Narodzenie, koguty stawały sie ofiarami stołu.

Serdecznie, Z.

Osiedle Masindi 3.
Zbigniew Kwiatkowski
18 sie 2019 r.

Patrząc na teraźniejszą, satelitarną mapę okolicy oprócz Kościoła i części 6-tej ulicy nic nie pozostało z Osiedla.
Teren 5-tego/8-mego/3-ciego Obozów jest zalesiony. Tubylcza wioska w północno-wschodnim kierunku w miejscu, gdzie istniał “strumyk żółwi”.
Budynki Szkoły Leśnej, mniej więcej, na miejscu dawnej Poczty i Sklepu. Dawny las na północy trochę tylko wycięty w porównaniu
do dawnych lat. Przybyla droga na południe i wschód od Kościoła.

Czasem przychodziło iść do Hinduskiego Tartaku/Sklepu przy drodze do Butiaby. Całodzienna  wyprawa ścieżka,
która zaczynała sie w końcu naszej ulicy, dołączała do szerszej, która skręcała na południowy zachód. Pierwsze kilometry
wzdłuż lasu były łatwe w porannym chłodzie, ale gdy wyszło sie w teren tylko rzadko porośnięty drzewami gorąc stawał się dokuczliwy,
dalszy chód nie zachęcał do rozmowy. Około południa przechodziło się obok uprawnego pola wioski po lewej stronie już niedaleko
od pierwszych drzew Tartaku. Zakupy, bez zwłoki czasu i powrót, który zwykle zakańczał sie po zachodzie słonka.
Parę minut po szóstej i błogi odpoczynek po wyjściu z domu przed ósmą.

Na naszej ulicy mieszkał zdolny koszykarz (jeszcze posiadam “walizkę”, którą nam zrobił na wyjazd do U. K.), który poszukując lian
na materiał zabłądził w lesie i spędził noc na drzewie. Gdy nie wrócił przed wieczorem do domu rozpoczęło się poszukiwanie.
Długo było słyszeć bezskuteczne wołania poszukujących, dopiero w połowie ranka sam wrócił przemoczony rosą.

Niedaleki jego sąsiad założył pasiekę z paru uli. Niestety afrykańskie pszczoły od tysięcy pokoleń były niszczone przez tubylcze metody
zbierania miodu. Gdy przyszedł dzień miodobrania rezultat był nieprzyjemną niespodzianką. ”Pszczelarz” schował się w domu,
a przechodnie zmuszeni do biegu w miarę możliwości. Jednak nie wystarczyło to mnie, bo dwie mściwe pszczoły dogoniły mnie,
gdy dawałem nurka przez otwarte okno naszego domu. Ból użądlenia trudno określić.

Co roku, w suchy sezon paliła się trawa otaczająca Osiedle. Palona była celowo przez tubylców, nie było groźby dla Osiedla,
ale często spalone cząstki, dzień lub dwa, spadały na Obozy. Rezultatem była bujniejsza roślinność z nastaniem
deszczowej pory w kwietniu. Okoliczna gleba tylko przez rok czy dwa była żyzna, jak poznały nasze “ogrodniczki” w krótkim czasie.

Wspominając żywność: widziałem wspomnienia o wspólnych kuchniach i stołówkach. Oprócz szpitalnych stołówek nie widziałem
wspólnych stołówek. W naszym 5-tym Obozie kuchnie były w oddzielnym budyneczku z prymitywnym “piecem” wspólnie używanym
przez mieszkańców danego domu. Z Obozowego Magazynu dostawaliśmy ziemniaki, wołowinę, czasem rybę z Jeziora Alberta.
Nie jestem pewny pochodzenia sardynek w puszce/bekonu w puszce/mleka w proszku i masła/soli/cukru.
Skromna zapomoga nie pozwalała dużo “luksusów”. ”Prawdziwe” mleko pamiętam tylko, w ograniczonej ilości, dla najmłodszych.
Owoce, na tubylczym rynku, były tanie i mieliśmy jarzyny z własnego ogrodu.

Drewno do kuchni było często z Magazynu jednak często też trzeba było zbierać i rąbać gałęzie
z buszu w czym Mamie pomagał Tadek, mój brat.

Z.

Zob. też: Maria Dutkiewicz, Wspomnienia i notatkihttp://grodnowilno.pl/dutkiewicz-maria

Osiedle Masindi 4.
Zbigniew Kwiatkowski
pon., 26 sie, 2019 r.

Z codziennego życia i niektórych wydarzen w Osiedlu.

W ‘43 r. Osiedle bardzo prędko doszło do pewnej rutyny, dorośli byli zajeci różnymi pracami
(mówiac o “doroslych”, to były kobiety w ogromnej większosci; mężczyzn było mało,w starszym wieku),
młodzież w szkołach.

Powstało parę warsztatów, przędzarnia m. in. (gdzie pracowala moja Mama), rozpoczela się budowa Kościoła.
Powstal Szpital, rozbudowany na trzy budynki stał w rząd z Kościołem równolegle, poniżej ”Panskiej ulicy”.
Z czasem, otworzyl się budynek “Ymki”, gdzie wyświetlano filmy i [dawano] przedstawienia Szkolne.
Filmy czasem były ogłaszane przez pewnego Filipa wędrującego po Obozach z dwoma tablicami.
Był raczej “upośledzony” wzrostem, ale nie głosem.W tym czasie my, najmłodsi, odkrylismy sekret rzucania
kamyków rozkłutym na końcu kijkiem. Pewnego dnia, gdy Filip maszerowal pobliską scieżką skusilo mnie coś
i “puściłem” ziemniakiem w jego kierunku. Horror!!!, trafilem.
Gdyby tylko drobna cześć gróźb Filipa sprawdziła sie, przestalbym istnieć.

Władze Kolonialne aktywnie zniechecaly tubylcow od handlowania na terenie Osiedla.
Przeważnie były to oberemki [naręcza, wiązki np. siana] paliwa. Jednego dnia wzdłuż naszej ulicy biegnący
i ścigany młody mężczyzna skrecił w nasz ogrod. Mama, jednym ruchem, wskazała na przybudowkę obok domu
i stanęła przed drzwiami. Goniacy policjant wskoczył do ogrodu i.... pobiegl dalej.
Wypuszczony “handlarz” jeszcze drżał ze strachu ruszajac w przeciwnym kierunku.
Mało było miłosierdzia dla złapanych, ciosy drewnianą pałką i zdrutowane rece widzialem sam.

Nie pamiętam kiedy, ale nastał system nocnych stróżów po Obozach. W naszym, na drzewie obok Magazynu
wisiała żelazna rura, druga do uderzenia na ziemi. Nasza sasiadka, Pani Marzec, dyżurując pewnej nocy o mało
nie podniosla węża zamiast tej drugiej rury.

Lekcje szkolne, jak przedtem wspomniałem, kończyły się w południe. Gdy upał opadał około czwartej
i w niedzielę był czas zabaw i częstych wypraw do lasu. Niestety strach nie istnieje w takich warunkach,
ani myśl o trosce Rodziców. W lesie za Ósmym Obozem wisiala długa liana z poprzeczką u dołu.
Ulubiana huśtawka starszej młodzieży, wyzwanie odwagi dla młodszych. Tam też, na prawo, rosły dzikie ogórki.
Jadalne, gdzie siegało słońce, niemozliwie gorzkie w cieniu. Z warzyw naszego ogrodu najsmaczniejsze
były orzeszki ziemne, marchewka i owoce pau-pau. Po pożarze trawy czesto szukalismy różowych bulw.
Były kwaśne i soczyste.

W buszu, paręset metrów od końca naszej ulicy, bylo parę zupełnie gładkich wypukleń. Szaro-brazowe kolorem dudniły,
jakoby puste w środku, uderzone kamieniem. Tam czworo z nas odkryło i na zawsze pozostawiło “przyjemność”
papierosów. Naokoło rosla parometrowa trawa “słoniowa”. Setki ptasich gniazd, szczególnie w deszczowy sezon.
Tu, mozolnie, budowaliśmy małe szałasy nie zważajac na możliwe niebezpieczenstwa. ”Niebezpieczeństwo” istniało
na scieżce od Kościoła (na ukos za 4-ty Obóz) do małego zródła w postaci drobnych, tubylczych, kóz.

Psów mało było na Osiedlu, kotów wiecej. Parę domów od nas była oswojona, mała małpka.
Mieszkala na drzewie “swego domu”, regularnie nosiliśmy jej kwiaty, ktore wybierała i jadła by odwdzięczać się
przeglądem naszych włosów.

Przez ulicę “Jak kto chce”, naprzeciw Szkoly Powszechnej No. 2 było boisko sportowe, gdzie mecze piłki nożnej
między Gimnazjum a Szkołą Zawodową były zacięcie rozgrywane. Tam też, już po wojnie, odbył się pokaz
oddziału Wojska Ugandy. Był samochód pancerny, działko z ciągnikiem i moździeż. Było późne popołudnie
kiedy odbył się szczyt pokazu. Bez wahania odpalił moździeż trzy razy, trzy wybuchy rozsnuły dym na stoku “Gory Wandy”.
Parę minut później odpalilo działko w ten sam cel, błysk ognia niedaleko scieżki prowadzacej na szczyt.
Na koniec ruszył samochód goniony przez egzotycznych “wojowników”, objechał boisko, nagle stanął
i puścił serię z karabinu maszynowego. Posypały się wierzchołki trawy słoniowej i oklaski.

Serdecznie Pozdrawiam,
Z.

Masindi 5.

Zbigniew Kwiatkowski
śr., 4 wrz. 2019 r.

Pod koniec 43 r. Osiedle już przybrało obraz, który niewiele się różnił do poczatku pierwszych
wyjazdow w 47 r. Prowiant dostarczany do Magazynu był różny. Wołowina, twarda, ktorą Mama zwykle
siekała na kotlety z cebulą, ziemniaki, mąka, okazyjnie ryba. Czasem suszona “na deskę”, czasem swieża,
raz czy dwa były ogromne (75/80 cm) nilskie okonie z Jeziora Alberta. Rybę Mama piekła na wolnym ogniu,
głowy i ogony były “przysmakiem” kur, [nastepnie:] sól,cukier. W latach powojennych można było dostać
konserwy sardynek, mleka w proszku i jajek tak samo.

Na tubylczym rynku były jajka, mąka, owoce-manga, banany zwykłe i zielone do gotowania, orzechy kokosowe,
słodkie ziemniaki (nienawidziłem je), makę z kassawy, kukurydzę. Z prawdziwie przysmaków tubylczych,
suszone termity i ich “królowe”, kształt i wygląd pędraków. Do tego dochodziły własne jajka (rynkowe też),
trochę własnych warzyw i ziemniaków. Prawie “imponujaca” lista tylko nie bardzo dostępna ilością, biorac
pod uwagę nasze skromne “kieszenie” (zapomoga plus co mógł przeslać Ojciec ze swego żołdu).
Były też bardzo nieliczne koguty z własnego chowu. Tym był gwarantowany koniec, jeśli istnieli,
na Boże Narodzenie, ale pamiętam też Święta, gdy głównym posiłkiem była duża miska gotowanej kukurydzy
z masłem. Podstawowe życie, które nie miało smutkiego skutku na codzienne istnienie.

Harcerze i harcerki organizowali obozy i zawody. Wyjeżdżali też do inych Osiedli, [brat] Tadek ze swoją Drużyną
był przez dwa tygodnie w Koji, gdzie mieszkała jedna z naszych znajomych z deportacji. Szkoły organizowały
całodzienne wycieczki do Butiabi na Jezioro Alberta. Jechało się ciężarowką na zachód, później droga skręcała się
po zboczu niskich pagórków na południe, po przeciwnym stoku na północ, by skręcić powtórnie na zachod
dojeżdżając do Jeziora przez obszerną równinę. W tych latach droga rozwidlała się blisko brzegu, na prawo do portu,
na lewo do szerokiej piaszczystej plaży z metalowym ogrodzeniem w wodzie (bezpieczne choć ograniczone
pływanie od krokodyli). Jednak prawie nikt nie korzystał z tego zabezpieczenia, biegiem po goracym, miękkim
piasku i plusk do wody. Płytka do kilkunastu metrów od brzegu w następnych paru był brzeg o wiele głębszej.

Dzień schodził szybko, sama jazda trwala przeszło godzinę, ale uciechy nie do opisania. Słonko już się chylilo,
gdy blisko za zagrodą, gdzie trawa rosła prawie do brzegu pojawily się... cztery słonie, trzy duże i słoniątko.
Weszły w wodę, rozpoczęło się polewanie. Staliśmy zaczarowani w miejscu, niestety wkrótce nadszedł
czas odjazdu. Było już ciemno, gdy przejechaliśmy pagórki wracajac.

Młode mózgi nie myślą o niebezpieczeństwach, prawie co dzien, a szczególnie w Niedzielę spędzaliśmy
długie godziny w buszu albo lesie, który zaczynał się za paruset metrowym pasem uprawnej ziemi
i słoniowej trawy po przejsciu 8-ego Obozu. Jednej Niedzieli przesiedzieliśmy długi czas obok Ugandyjczyka
oprawiajacego ostrza w strzały, z wielką cierpliwoscią pokazywał nam wszystkie szczegóły tej pracy.
Ostrze wchodziło w drzewiec i było umocowane włóknem, które darł z korzeni drzewa, pod którym siedział.
Było pokryte ciemno-czerwonym sokiem, owinięte ciasno na ostrze i drzewiec, twardniało w parę minut.
Często, pod koniec tygodnia, widziałem tubylcze polowania na zwierzątka wielkości świstaka.

Ulice Obozów miały sporo żywopłotów, po późnym deszczu wylatywały z nich setki robaczków świętojańskich.
Nasza uciechą było złapanie kilku w przezroczysty papierek.

Chociaż Osiedle było położone wysoko nad poziomem morza, gdzie teoretycznie było mało komarów
z malarią, malaria była czestą chorobą. Opieka szpitalna, bardzo staranna, opierała się na chininie
przyjmowanej dwa razy dziennie. Wybór prosty, wstrętny gorzki płyn, wstrętniejszy proszek.
Osobiście przyjmowałem z mdłością i szybkim przyjęciu cukierka. Prawie jedyna okazja by mięć tę przyjemność.
Opieka nie tylko była staranna, czułość pielegniarek nie do zapomnienia, szczególnie
dla najmłodszych na sali. Z czasem mepakryna zastapiła chininę, gorzka pigułka, ale łatwa do połknięcia
po tygodniu zabarwiała skórę na żółto.

Wspominajac najmłodszych urwisów wyczyny, Zdzisiek Sulma spadł z drzewa obok wjazdu do szkoły,
Ja wynajętym rowerem wjechałem do rowu i zarazem mając malarię leżeliśmy razem w szpitalu.
Tragedią była śmierć trojga pielegniarek, gdy piorun uderzył w budynek szpitalny.
Piorun uderzyl też w sąsiedni dom jednak nikt nie ucierpiał, a ulewny deszcz stłumił pożar.
Pamiętam tylko jeden pożar w naszym Obozie, dom na naszej ulicy spalił się do szczętu w godzinę.
Mała była możliwość gaszenia, tylko istniały wiadra wody.

Z.

Southampton, Wielka Brytania—Mombasa, Kenia
Dziś: z przesiadką (2 lub więcej przesiadek) 14 godz. 50 min
Całkowity dystans: 7 215,86 km (4 483,73 mil)

Masindi 6

Bezpowrotna zmiana.
czw., 5 września 2019 r.

Pierwszy okres powojenny oprócz większego wyboru w prowiancie nie przyniósł nagłej zmiany w codziennym życiu.
Dopiero w 46-tym roku zaczęły się ujawniać troski o przyszłość. Zmiany i koniec bytu Osiedla zaczęły być częstym
tematem rozmów naszych sąsiadów. Czuć było brak pewności co do dalszego losu. Nie pamiętam dokładnej daty,
gdy dowiedzieliśmy się o rozruchach tubylców, przeciw Władzy Kolonialnej, gdzieś w pobliżu.
Przez możliwość objęcia naszego Osiedla tym wydarzeniem spędziliśmy jedną noc ubrani
i niepewni co będzie. Naturalnie nic się nie stało.

Jeszcze w pod koniec 44 r. kilkunastu z młodzieży przed dwudziestką wyjechało, by wstapić
do Polskiego Wojska, teraz rozpoczęły się pogłoski o dalszych wyjazdach. Tym razem Rodzin.
Z początkiem 47 r. drobne zmiany w zamieszkaniu zaczęły być widoczne. Parę domów dolnej
ulicy 8-mego Obozu opustoszały, parę młodych bananów pojawiło się blizutko ścian.
Już było nas mniej bawiących się w lesie.

Pewnego dnia do Osiedla przybyla Misja z Polski omawiać powrót do Kraju. Pamiętam to zebranie koło
naszej Księgarni/Świetlicy (stała kilkadziesiąt metrów na północ od dawnego wejscia do Szkoły
Powszechnej No2/Ulica “Jak kto chce”). Bardzo prędko przerodziło się we wrogość do Delegatów.
Ogromna większość zebranych była kobietami z pamięcią i stratami pobycia w strasznych warunkach
deportacji do Z.S.S.R, nie wierzyły, w żaden sposob, obietnicom Delegatury.
Poleciało parę jajek, pomidorów. Koniec zebrania.

Od Ojca mieliśmy zawiadomienie, że wyjeżdzają z Włoch do Wielkiej Brytanii, zaczeliśmy myśleć
o spragnionym połaczeniu z nim, bez wiedzy o możliwości. Różne pogłoski krążyły po Osiedlu,
ale nic konkretnego. Czuło się niepewność jeszcze, gdy dowiedzieliśmy [się], że “wojskowe rodziny”
będą wyjeżdżać do W. Brytanii. Co z innymi?, wyjazd do Polski?, nie było pewności u tych Rodzin,
jak Maria Marzec (Mąż zaginiony policjant), czy Elżbieta Drakiewicz (wdowa), z którymi dzieliliśmy nasz dom.
Codzienne życie, subtelnie zmienione płynęło dalej.

Chyba w październiku Ojciec zawiadomił nas (i Administracja Osiedla), że jesteśmy na liście
wyjeżdżających do W. B. Trzeba było się przygotować do wyjazdu, posiadaliśmy bardzo mało.
W braku walizki Mama zamówiła, u koszykarza na naszej ulicy, plecioną wersję (dotychczas ją mam),
reszta rzeczy do szytych worków.

Zmiany teraz już były widoczne wszędzie, mniej uprawnej ziemi, wiecej pustych domów, mniejsze klasy szkolne.
Na Pasterkę 47 r. Kosciół był zapełniony, dziesiatki na dworze. Głos kolęd i Szkolnej Orkiestry
(Tadek grał na klarnecie) rozchodził się daleko po wspaniałym, pełnym, księżycu.
Stałem zewnatrz czujac pewną trwogę przyszłości, parę dni później już tylko myślałem
o zawiadomym wyjeździe do Anglii w lutym.

Tygodnie do wyjazdu szybko upłynęły, byliśmy spakowani parę dni przed wyjazdem.
Martwiłem się o moją ulubioną kotkę, którą miała wziać Danusia Marzec.

Nadszedł dzień wyjazdu. Mało spaliśmy poprzedniego wieczora, transport wyruszał o 2-giej z rana.
Oczekiwał nas szereg autobusów, który ruszyl w drogę do Kampali bez zwłoki po załadowaniu.
Szaro było, gdy nasz samochód zatrzymał się opodal małego lasu, kierowca z pomocnikiem niosąc duże
pojemniki pobiegli w tym kierunku wracając z wodą do chłodnicy. Około południa, z hukiem, chłodnica pękła
i stanęliśmy w plantacji bananów, reszta autobusów pojechala dalej. Tam staliśmy parę godzin nim zabrał nas
autobus w dalszą drogę i zawiózł na stację Mukono (20km od Kampali) do czekajacego pociagu.

Podróż pociągiem była ciekawa. 7 usiłowań nim pociąg pokonał dojazd do pierwszej stacji po przejeździe
wodospadu Owen Falls. W Tororo poprzedni, z bydłem, pociąg wykoleił się. Dobę zajęła naprawa toru.
Do Mombasy przybyliśmy w południe, by załadować się na czekający “Caernaevon Castle”.
W poranek byliśmy w drodze do Anglii, Afryka i Osiedle już tylko wspomnieniem.

MV Carnarvon Castle – http://www.bandcstaffregister.com/page4325.html
Ships and Passenger Lists of Polish WW2 DPs arriving from Africa and Europe
http://www.polishresettlementcampsintheuk.co.uk/passengerlist/shipsindex.htm

Wspominajac te czasy czuję się moralnie zadłużony, by wspomnieć ludzi, ktorzy pomogli nam przeżyć
długą drogę z Wołynia do Masindi. Wspominam wyłącznie znanych mnie osobiście lub Ojca i Mamy pamięci,
bez porównania z innych przeżyciami. W noc aresztowania szeregowiec N.K.W.D., zbroniony kontaktu
z aresztowanymi, ukradkiem szepnął do Mamy, ”bież wszystko, co ciepłe i jedzenie, tam,
gdzie was wiozą nie ma nic”.

20/2/40, okolica wywiezienia, starszy wiekiem woźnica “bardzo was żaluję i współczuwam, mówili nam,
że wy wrogi ludu, a jesteście tacy jak my”. Miejsce zesłania, biedna wyniszczona okolica, ”Bania” po przybyciu,
skwarki dzieciom, chleb/malinowy “czaj” dorosłym. Nikita Nagibin/Lara, dar pieniędzy na kupno “walonek” Jadzi.
Starsza wiekiem “znachorka” która, ryzykujac trzy miesiące więzienia za tę przysługę, wyleczyła mnie z zółtaczki.
Z dalszej podróży, goły step w Kazachstanie/zatrzymany pociąg/parę domów. Ukrainka spod Kijowa daje nam
własny obiad. Kirgistan, kwatera u Mytrenkow/koloniści z Woroneża/Nasz Ojciec do Wojska.

12/2/42, kwiecień bez żadnej wiadomości, zasoby nieistniejace, biedna okolica pomoc znikad,
wieść o przybyciu Polskiego Wojska/40km. Anna Mytrenko i córka Anna (“Niura”), całodzienna wędrówka
do wojska, Ja najmłodszy często niesiony. Nieznana Uzbeczka ofiaruje nocleg o zachodzie słonka. Wojsko w Blagowieszczance/14 P. P. ,
sierzant Urban/troskliwa opieka cywilami. Iran, rosyjski kierowca/pomoc Mamie.

Dzisiaj, gdy tyle istnieje zawistnej nienawiści, pragnę przypomnieć że “druga strona medalu” też zawsze byla.

Dziekuję Panie Marianie za udostępnienie miejsca na Portalu Grodno/Wilno, na wszelkie pytania
chętnie odpowiem, kilkanascie lat spędziłem w poszukiwaniu przeszłości tych lat.

Serdecznie Pozdrawiam,
Zbigniew Kwiatkowski.

To my Panie Zbigniewie, życząc zdrowia i samych pogodnych dni,
bardzo, bardzo dziękujemy - za każdy dzień wspomnień
i tej wspólnej, choć tylko internetowej, rozmowy.
Marian Pacholak i Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna
oraz "tutejsi (wrocławscy) Afrykanczycy".

Masindi, ok. 1945 r. Monety 1, 5 i 10 centowe (udostępnił p. Mieczysław Greczyło: „Były z otworami,
ażeby tubylcy mogli je nawlekać na sznurek”).

Jeszcze parę szczegółów z Osiedla.
7 września 2019 r.

Domy miały gliniane ściany. Dachy, pokryte słomą, podtrzymywane słupami na zewnętrznych brzegach stanowiły rodzaj
otaczającej “werandy”. Budynki Szpitala drewniane. Od południowej strony ściany z desek. Północna strona z płótna,
podłogi drewniane, na zewnątrz płócianej ściany formowały szeroką, pokrytą werandę. Trzy wejścia po schodach
(obydwa końce/środek budynku od północy). Budynek (Dziecinny Szpital) przedzielony na pół środkowym pomieszczeniem
Pielęgniarek/pościeli/lekarstw. Za nim, jadalnia/łaźnia (wystająca z południowej strony/prysznice).
Pamiętam doskonale powidła z pau-pau i... kawę, bardzo smaczna, na śniadanie.

Poniżej od Szpitala (twarzą do drogi) po lewej, Apteka i Elektrownia. Elektryczność miały -Szpital, Apteka, Sklep/Poczta, ”Imka”
i parę domów na “Pańskiej Ulicy” (powyżej Szpitala, gdzie zaczynała się ścieżka na szczyt “Góry Wandy”). Za drogą, budynki 3-go Obozu,
Gimnazjum, Liceum, Szkoły Handlowej, ”Imki”, Szkoła Powszechna No. 2, stad, była przez plac zbiorek, na prawo.
Tam widziałem wędrówkę mrówek. Wąski, kilkanaście cm, ich pas przechodził teren szkolny, drogę i szpitalne budynki. Skąd?, nie wiem,
ale szły przeszło dwa cale dni. Termity były wszędzie, ulubiony pokarm kur. ”Wieże” termitów częste w trawie, wybuchały czarnym dymem
i ciemno czerwonym płomieniem przy rocznym paleniu buszu.

Ulice Osiedla, płytkie rowy po bokach, były utrzymywane przez tubylczy zespól pod kierownictwem Anglika,
który jeszcze żył (U. K.) parę lat wstecz. Oprócz tych wspomnianych powyżej oświetlenie domów?. Lampy naftowe.

Pojazdów było bardzo mało. Drogi i ulice “polne”, w porze suchej z daleka można było widzieć kłąb kurzu nadjeżdżającej ciężarówki,
by zejść z drogi. Tubylcy używali dużo rowerów do transportowania prawie wszystkiego.

Z czasem Polacy też posiadali pewna ilość. Tadek, pożyczonym, z paroma kolegami nawet jeździł do Butiaby. Opowiadał, jak po ciągłych,
nieskutecznych, naprawach przebitych dętek napchali liści do opony. Dojechali, by zaraz zaczynać wracać. W powrocie dogoniła ich ciężarówka,
której kierowca nakazał natychmiastowe załadowanie się, w pobliżu było stado dzikich psów.

Osiedle było dość zadrzewione, na przykład koło naszego domu było 5 drzew. Woda, z artezyjnej pompy, była bardzo dobrej jakości.
Przyniesiona z ulicznego kranu utrzymywana w nakrytym wiadrze. ”Nasz” kran był o parę metrów od domu, gdzie ścieżka od Środkowego Placu
naszego Obozu przechodziła przez ulice do górnej ulicy 8-mego. Na naszej ulicy był fryzjer, ręczna maszynka/nie bardzo ostra. Poza Szkołą,
my najmłodsi przeważnie biegaliśmy boso. Pchle jajka w stopach częste, nawet przywiozłem jedne do W. B.

Czego nie można opisać to różnorodny zapach w lesie, bardzo przyjemny, ale niekoniecznie nieszkodliwy. Rosły podługawe, żółte owoce,
które zapachem przyjemne z początku gwałtownie sprawiały mdłości i rzyganie.

Las podczas dnia był cichy, wieczór przynosił setki odgłosów, które pulsowały w powietrzu, jak fale morskie. Dnie gorące, stosunkowo chłodne
(nad ranem) noce powodowały rzęsistą rosę do półranka.

Wieczory przy pełnym księżycu, bardzo jasne. W tych dawnych lata ta okolica nie znała zanieczyszczenia.

Z.

Masindi, ok. 1945 r. Rynek murzyński (udostępnił p. M. Greczyło: „Od lewej: Mieczysław Greczyło, Janina Zakrzewska,
stoi Julian Stańczak (bez prawej ręki, zmiażdżonej w czasie jazdy z Pahlevi do Teheranu, późniejszy artysta-malarz
z licznymi nagrodami, zamieszkał w USA”).

Masindi – fotografie i dokumenty pana Zbigniewa Kwiatkowskiego

Wrocław, 21 września 2016 roku

Pan Zbigniew Kwiatkowski polski „Afrykańczyk” z Masindi, zamieszkujący w Wielkiej Brytanii,  przesłał na ręce prezesa
Towarzystwa Przyjaciół Grodna i Wilna we Wrocławiu, kol. Marian Pacholaka, kilkanaście niezwykle cennych fotokopii pamiątkowych
dokumentów i zdjęć, będących niepowtarzalnym zapisem pobytu polskiego uchodźstwa w Ugandzie około 1944 roku i w latach następnych.

Ze względu na wartość przesyłki ten – wyjątkowy dar serca – udostępniamy wszystkim osobom zainteresowanym w Internecie,
a sam materiał dokumentarny przekazany został do albumu archiwalnego wrocławskich „Afrykańczyków”.

Wszyscy najserdeczniej dziękujemy!

Całość na stronie – Masindi – fotografie i dokumenty pana Zbigniewa Kwiatkowskiego
http://grodnowilno.pl/masindi-fotografie-i-dokumenty-pana-zbigniewa-kwiatkowskiego#overlay=node/169/edit

PCK Nairobi - 1944 rok

Zbigniew Kwiatkowski
sob., 21 wrz. 2019 r.

Wieczne dzięki za tak obszerny użytek moich przesłań. Afryka była już „sielanką” w porównaniu do poprzednich lat.
Dziwnym paradoksem nie myśli się dużo o własnej biedzie, gdy wspomnienia powracają na myśl. My byliśmy szczęśliwi opuszczając
Zw. Sow. bez strat w Rodzinie ale, do dzisiaj trwa ból i ogromny żal o losie tylu niewinnych ludzi. Szczególnie nigdy nie zapomnę tych
najmłodszych pod opieką nie bardzo starszych od siebie.

Z Darowatki, miejsca naszego zesłania, było trzy transporty wyjazdu. 18/10/42, 18/11/42 (oficjalne) i 8/11/42 r., ten ostatni,
zawierał około stu osób, był zorganizowany przez mojego Ojca (z pomoca Kochanowskiego i trzeciego wygnańca n. n.) z pomocą
Rosyjskiego Pułkownika (Komendanta pobliskiego lotniska), który dostarczył transport kolejowy.
Przez szereg lat szukałem dawnych dzielących tam nasze wygnanie, z prawie osiemset ludzi odnalazłem  czternastu,
skontaktowałem sie z dwoma, jeden poległ pod Orszą ’44 r. Niestety duża cześć opuszczających Masindi i Koje też,
wyjeżdżając w rożnych kierunkach, straciła możność utrzymania kontaktu.

Serdecznie,
Z.

Darowatka – Poldnevitsa. Darowatka--Poldnevitsa Map –
https://kresy-siberia.org/hom/element/deportation/specposiolki-work-camps-for-deported-families/darowatka_poldnevitsa-2/

Masindi. Zbigniew Kwiatkowski.

4 paź 2019 roku

Witam,

Serdeczne dzięki za książkę, którą otrzymałem i,”na gorąco”, pospiesznie przeglądnąłem nim zabiorę się do szczegółowego czytania.
Bardzo oceniam Pana osiągniecie w zebraniu tylu cennych informacji.

Tu parę uzupełniających wspomnien:

Str.110/Obóz 5, druga i trzecia ulica nie dochodziły do głównej drogi, raczej dwie strony środkowego placu od wschodu zamkniętego ulicą
południe/północ skąd był wjazd (zabezpieczony wbitymi palami) na teren szkolny. Hawlingowie (Komendantura) mieszkali pośrodku drugiej,
frontem do placu. Na trzeciej, też frontem do placu były dwa magazyny, prowiantowy i ogólny.
Wodociąg był około 30 m na zachód od prowiantowego.

Str:138/Danusia Wilk. Dom zamieszkały początkowo przez Józefa Klincewicza stał po północnej stronie magazynów, frontem na północ.
Po jego śmierci zamieszkali tam Janewiczowie (Czesiek trzymał gołębie). Od naszego podwórka to tylko kilkanaście metrów,
tak samo od nich do wodociągu. Z pamięci, to część tego domu była Wilków, Pan Wilk szewcem?, Pani Wilkowa krawczyni?.
Z Danusią mało bawiłem się, ”należała” do innej grupki. Jednak pamiętam, jak razem udawaliśmy palących papierosy trzymając krótkie trzcinki.

Siwek/Jagla/Afryka org/95: to zabłądzony w dżungli koszykarz i pszczelarz, mieszkał od nas na wschód
(czwarta ulica nie wspomniana na Str. 110) przy skrzyżowaniu ulic. Następny dom, Strapkowie.

Fotografia 112: Jadwiga (Jadzia, moja siostra) zmarła 1987r. Marię Nowak (jeszcze jedna Marysia z grona przyjaciółek Jadzi)
widziałem (dwojga dzieci), gdy odwiedzała moich Rodziców w latach ‘50-tych. Czesiek Janewicz zginął w wypadku motocyklowym/okolica Marsylii,
gdzie wszyscy troje osiedlili sie po zamążpójściu Czesi. Hodowali pomidory.

W drodze do Pana, poczta, są trzy przesyłki nim zacznę o wywózce do Darowatki.
Serdecznie,
Z.

Zbigniew Kwiatkowski
wt., 8 paź. 2019 r.

Pozdrawiam,

Oglądajac plan Pana Greczyły widzę podstawową pomyłkę w kierunkach. Osiedle było około 100 km na PÓŁNOC
od równika, wiec Szpital/”Gora Wandy” były na południowej krawędzi Osiedla. Też przyznam się do mimowolnej
pomyłki, moja mapa powinna być ogladana z południem u dołu według zwyczaju w U. K.

Pocztą wyślę Panu plan 5-tego Obozu zaznaczając wszystkie zapamiętane szczegóły.
Wracajac do Pana Greczyły, ”Sierociniec” pamiętam jako jedną ulicę równoleglą do, i przedzieloną potem
uprawnym [polem?] od głównej drogi.

Serdecznie,
Z.

Wywózka/Od Futoru Kościelnego do Darowatki (Teraźniejsza Oblast Kostroma).

Zbigniew Kwiatkowski
13 października 2019 r.

Pozdrawiam,
Będę, kolejno, zaznaczać moje i Ojca wspomnienia od początku sierpnia ’39 r.

O/Z sierpniem pożary w Lesie Kościelnym (Własność Parafii Rudnia Potasznia), którym zawiadowałem, były na porządku dziennym.
Z pomocą kilkunastu robotników gaszenie ognia, który szedł  podszyciem było prawie beznadziejne.
Do domu wracałem przeważnie, nie zawsze, nocą.

JA/Piękne, słoneczne południe, Tatuś na obiedzie z nami. Od strony Bendykow do brodu idzie grupa mężczyzn z łopatami,
złapałem Tatusia trąbkę i wgramoliłem się na pniak przy wejściu na podwórze udając że nią gram. Cała grupa wybuchła śmiechem.

O/Aniela, moja matka, będąc w lesie zobaczyła podpalacza i, gdy odszedł, szybko zadeptała ogień. 13-tego, będąc na parę minut w domu,
otrzymałem wezwanie do Służby Policyjnej w Bystrzycach (jako rezerwista) i natychmiast wyruszyłem w drogę.

O/Sobota,16-tego/jestem wysłany do Berezna, skontaktować sie z Oddziałem, który rzekomo tam się okopał. Rowerem po piaszczystej drodze,
nie znajdując Oddziału późnym wieczorem wróciłem do Bystrzyc, by objąć dyżur telefonisty. Zasnąłem nad ranem, zbudził mnie Komendant mówiąc
“Jeszcze są daleko”. Jeszcze uprzytomniałem o co chodzi, gdy rynek przed nami zapełnił się ludźmi, mieszanina cywilów, policjantów i kawalerzystów.
Posterunek w Ludwipolu tak nagle został zaskoczony że nie zdążyli zniszczyć stacyjkę telefoniczną. Dostaliśmy wiadomość,
że “czołgi” rosyjskie były cztery km od nas. Razem z wojskiem było nas około stu pięćdziesięciu, kawaleria odjechała na zachód, my dostaliśmy rozkaz
powrotu do domu. Posterunek był zapełniony skonfiskowaną bronią. Wziąłem dwa rewolwery, strzelbę i granat na drogę do domu.

JA/Cieple, słoneczne popołudnie. Stoję, trzymając Mamy rękę, na podwórku, obok babka Aniela i starszy wiekiem sąsiad. Co parę chwil,
przez las, słyszę przeciągle gruchotanie przerywane nagłym hukiem. Nic z tego nie rozumiem.
Tato w domu już znowu, gdy stoję w ogrodzie. Mama ścina główki kapusty w chmurny dzień.

O/Rosyjska administracja w Bialaszowce, nakaz pracy jak zwykle.

Ja/Boże Narodzenie wszyscy siedzimy przy otwartym piecu piecząc skwarki na patyczkach. Jadzia i Tadek są w domu na Święta tylko.
Z powodu głębokiego śniegu, chodząc do szkoły w Rudnie Potaszni, mieszkają u cioci Broni/Mała Jakobowka, skąd o wiele bliżej.

O/Tęgi mróz, głęboki śnieg. Wracając ze służby wsunąłem strzelbę w śnieg kolo płotu, a rewolwery położyłem nad żłobem w stajni.

JA/Pół śpiący stałem pośrodku pokoju. Mama ubierała mnie w cieple ubranie. Tato przy oknie, twarzą do ściany. Obcy w pokoju.

O/Było dobrze po północy, gdy zbudzony zostałem głośnym pukaniem w okno. Na pytanie “Kto tam ?”, odezwał sie mój kolega szkolny Fedor Pradun (syn Zachara i Anastazji) - ”To tylko ja, otwórz drzwi”. Otwierając zobaczyłem lufy pistoletów wymierzonych do mnie i rozkaz “Ruki  w wierch”. Weszło pięcioro, trzech NKWD-stów, Pradun i Stanisław Muchorowski z Bialaszowki. Mnie, pilnowanego, postawili pod ścianą, a żonie nakazali pakować się w podroż.

JA/Stałem oszołomiony patrząc się, jak Mama pakuje rożne rzeczy w toboły. Na podłodze kupa fotografii i papierów.
Jeden z żołnierzy coś szepnął do Mamy (lata później dowiedziałem się, że, ryzykując karę, powiedział “bierz wszystko,
co możesz, tam gdzie was wiozą nie ma nic”).

O/Po upływie około godziny wyprowadzili mnie  do stajni, nie mogli zaprząść naszego konia do sań. Sam musiałem to zrobić.
Bez zwłoki, razem z Matką Anielą wyruszyliśmy do Bialaszowki. Tam w szkole dołączyli nas do poprzednio aresztowanych.

JA/Wprowadzili nas do dużej Sali, gdzie było juz wielu innych. Usiedliśmy na podłodze koło ściany.

O/Byliśmy bardzo zmartwieni o Jadzię i Tadka, ale następnego ranka przyprowadził ich Stanisław Brodecki,
dyrektor szkoły w Potaszni. Zarazem dał mnie kilkanaście rubli.

JA/Siedzieliśmy w tej sali cały dzień. Od czasu do czasu więcej ludzi dołączano do nas. Wieczorem, gdy byłem prawie śpiący
gdzieś znikła babka Aniela (korzystajac z chwilowego zamieszania i padającego śniegu, uciekła).

Serdecznie,
Z.

Zbigniew Kwiatkowski

wt., 15 października 2019 r.
Od Futoru Koscielnego do Darowatki 2.
Witam,

O/Podczas dnia dołączyli do nas Laskowski Alfred i jego brat Czeslaw, obaj z rodzinami/Włodzimierz Kochanowski
z rodziną/Faliński z Ostyza. Tych dobrze zapamiętałem przy wyjeździe z Białaszówki. Nas wiózł Kiryło Romaniuk,
innych Władysław Bendyk i Adam Kuriata. Jako eskorta, moimi saniami i koniem, jechało trzech bojców sowieckich.
Ten poniedziałkowy ranek (12/2/40) był chmurny, padał rzadki śnieg.

JA/Pamiętam, że dobrze przebudziłem się już w drodze trzymany na kolanach przez Mamę, zakutany po oczy
w ciepłe ubranie. Ciemny dzień, przelatujące płatki śniegu, zimny wiatr.

O/Bardzo byliśmy stłoczeni na tych saniach. Dzieci prędko zaczęły upadać na zdrowiu, gdzieś między Rudnią Bobrowską
a Rokitnem zatrzymaliśmy się w małym Osiedlu. Dzieciom pozwolono wejść do domów, gdzie trochę ich po[d]karmiono,
ale były tak przemęczone, że jeść nie mogły, było to dobrze po poludniu.

JA/Było bardzo ciasno siedzac z Mamą, prosiłem o zejście z sani by iść obok.

O/Wieczorem dotarliśmy do Rokitna, ciężko chore dziecko Czeslawa Laskowskiego zmarło przed załadowaniem nas
do towarowych wagonów. W wagonie były położone deski służące jako prycze, żelazny piec (bez opału) i wyrąbana
w podłodze dziura na potrzeby osobiste.
Staliśmy tam przez noc i następny dzień (13/2/40) by wyruszyć w drogę późną nocą.

JA/Przebudziłem się, gdy już było widno, pociag był w ruchu. Chyba było jeszcze przed południem kiedy przez szczelinę zobaczyłem przód naszego pociągu na lewym skręcie. Dużo brązowych wagonów, rzadko rozrzucone drzewa na śnieżnej, niekończącej się, równinie.

O/Jechaliśmy na północny wschód przez, z pamięci, Homel, Bransk, Oriol, ale tylko, parę razy, zatrzymując się daleko
od stacji. W gołym polu. Wtedy, z każdego wagonu, pozwalano kilku ludziom pójść do załączonego wagonu/sklepu,
gdzie czasem sprzedawano trochę chleba i cukru, raz były papierosy. Naturalnie tylko za ruble.
Jednego śnieżnego ranka pociag stanął, było słychać łopaty skrobiące o śnieg. Przez zadrutowane okienko zapytałem
młodą dziewczynę, w którym kierunku wschodzi słonce. Długo nie odzywała się, a gdy powtórzyłem pytanie,
nie podnosząc głowy powiedziała: “Ne znaju” i był koniec. Tu, pierwszy raz, zobaczyliśmy sowieckich robotnikow
przy pracy. Same kobiety, jednakowo ubrane w “fufajki” i ozute w łapcie.
Ciagle był brak wody i opału, zmuszeni byliśmy do palenia desek “pryczy”. Raz przy krótkim postoju wydano nam
cieplą zupę w wiadrach. Mijał dzień za mroźnym dniem aż jednego wieczoru pociag stanał.
Było cicho, było słychać szum lasu.
Ranek był bardzo cichy, tak zimny że nie mogłem okreslić stopni mrozu. Pociag zaczał się toczyć do tylu,
by po paru kilometrach wejść na boczny tor prowadzacy przez, gęsty jak noc, świerkowy las. Po pewnym czasie
zatrzymał się koło drewnianych budynków, naokoło mnóstwo jednokonnych sani z woźnicami.
Otworzono drzwi i rozlegl sie głos “Wychadi”. Bylo to popołudnie wtorku 20/2/40, co zapisałem na ścianie naszego
wagonu razem z krótkim objaśnieniem o nas.

JA/Zbudzil mnie szczęk stukających buforów, pociag stawal. Nim dobrze otworzyłem oczy słoneczne światło zalało
wnętrze wagonu. Mama okręcila mnie jeszcze jedną warstwą ubrania, byliśmy sami w wagonie. Zewnątrz Tato stał
w glębokim śniegu i Mama podała mnie prosto w jego ręce, śnieg był dużo za głęboki na moje króciutkie nogi i Tato
posadził mnie na tobole. Nasz wagon był ostatni, u głowy pociągu parowóz syczał buchającą, białą, parą.

Z.

Szabrycha/DAROWATKA.
Zbigniew Kwiatkowski
17 października 2019 r.
Witam,

O/Ten mały przystanek okazał się być Szabrycha na północnej odnodze głównego toru na wschód,
do Kirowa. W tym czasie tu kończyły się tory bocznicy.
Po krótkiej, powierzchownej (głównie pytali się o radia) rewizji zaczęli nas ładować na sanie. Te były wąskie,
konie marne. Było tylko miejsce na nasz bagaż i siedzace na nim dzieci. Bez zwłoki ruszyliśmy w dalszą podróż idac,
razem z woźnicą, obok sań. Woźnica był w starszym wieku, chętny do rozmowy. Spokojnie wysłuchał moje
wytłumaczenie skąd pochodzimy, by powiedzieć “Załuję i współczuwam wam wszystkim. Mówili nam, że tu przyjadą
burżuje i wyzyskiwacze ludu, a widzę was, takich samych jak my”. Tak gawędzac, noga za nogą, prześliśmy parę
kilometrów nim doszliśmy do rzadkich budynków i trzech dużych baraków w Darowatce. Budynki stały blisko nasypu
kolejowego, baraki rzędem (około 200 m od budynków) równolegle do nasypu i, za nimi, pasmo lasu.
Wedlug kartki danej mnie w Szabrysie nasz nowy “dom” był pierwszy z rzędu. Był późny wieczór, gdy wprowadziliśmy się
do pierwszej izby (było ich trzy) pierwszego baraku. Było nas tam około 60-ciu. Od wejściowych drzwi,
w prawym wewnętrzym kącie stał żelazny piec z opałem. Przy każdej ścianie, drewniane prycze na dwóch poziomach.
Okna tylko w lewej ścianie. Nie pamiętam czy dla wszystkich, ale była przygotowana “Bania” (stojąca na uboczu)
i trochę skwarek słoniny na sosnowych drzazgach, z malinowym “czajem”.

JA/Tylko pamiętam jak Tato niósł mnie wzdłuż pociagu, by posadzić mnie obok Jadzi i Tadka na stercie tobołów
zapełniających wąskie sanie. Wkrótce sanie ruszyły wprzód i musiałem zasnać, bo gdy się przebudziłem,
dalej zupełnie ubrany, to leżałem na dużej półce w pokoju pełnym ludzi i było już widno.

O/Następnego ranka, wcześnie, zaczęliśmy robić porządek z wczorajszego tłoku. Nam przypadły prycze w lewym
wewnętrzym kącie, koło okna naprzeciw pieca. Przed południem z żoną, i Kochanowskimi, wyszliśmy na dwór,
by zorientować się w położeniu Darowatki. Wszędzie leżał głęboki śnieg, wydeptana ścieżka prowadziła do budynków
koło nasypu kolejowego.

JA/Trzymając Mamy rękę szedłem z nią po wąskiej scieżce. Było chmurno i zimno, śnieg po obydwu stronach siegał
moich ramion, po lewej parę drzewek sterczało ze śniegu. Wkrótce wróciliśmy do baraku, gdzie było ciepło.

O/Koło kolei była Komendatura, Stołówka, Administracja/sklepik, które przez następne miesiące określały
nasze życie w Darowatce. Nasza cześć Posiołku leżała w czworoboku tworzonym: Czerniawka (północ),
Kuzniecowka (południe), Darowatka (zachód), zamkniętym lasem od wschodu. Czerniawka była większa
od Kuznicowki, wpadajac do Darowatki (płynącej na południe) tworzyla rozlew. Kuzniecowka wpadała
do Darowatki koło młyna. Naturalnie dopiero, gdy zaczął znikać śnieg stało się to widzialne.
Od Kuzniecowki do Czerniawki było około pół kilometra.

Przez ten pierwszy tydzień mieliśmy spokój, okazję do względnego ułożenia codziennego bytu.
Jednego dnia mała Rosjanka weszła do baraku. Zapytana co chce, odpowiedziala “Chleba, kawalok chleba”.
Mieliśmy jeszcze chleb z podróży, wiec dałem jej pół bochenka. Wynędzniała na twarzy, ubrana w łachmanach
zauważajac nadchodzącego NKWD-stę wyśliznęła się z baraku i pobiegła do lasu,
nie mogla mieć powyżej trzynastu lat.

Po Niedzieli zaczęli nas organizować do pracy. Mężczyźni do wyrąbu lasu, większość kobiet do budowania kolei,
młodzież powyżej 16-ki do palenia galęzi przy wyrąbie. Nasz “brygadzista” podzielił nas na dwie grupy,
znając rosyjski jedną grupę dał mnie do przywodzenia. Pracowali ze mną żona, Kochanowscy, Kuczyński,
Miszałowski, Miszczuk, Antosia Kuriata, Stefka Kozińska, to tylko paru których dobrze zapamiętałem.
Do lasu było niedaleko, zaczynal się około 200 m na wschód od baraków. Praca na kolei (budowana na północ
do Poldniewicy) była przedłużaniem nasypu do Czerniawki, gdzie miał być most. Balast na nasyp przychodził
do Szabrychy z początku, by z przedłużaniem toru zbliżać się do Darowatki. Kobiety wyładowały go z otwartych
platform budując nasyp. Wczesnym latem rozpoczęto budować most na Czerniawce. Tu musiał być wysoki,
na przęsłach, by zrównać się z nasypem po przeciwnej stronie. Mosty przez Darowatke (skręcała pod koleją
na południe od Darowatki) i Kuzniecowke były płaskie, z położonych belek drewnianych. Praca była całodzienna,
sześć dni, z wolną niedzielą. Racjonowany chleb do kupna, 600 g mężczyznom, 400 g pracującym kobietom (żonom),
200 g dzieciom. Nie pracujace kobiety 200 g. Dziennie. Każden pracujący miał “normę” do wypełnienia,
co dla starszych wiekiem było bardzo trudne lub wręcz niemożliwe.

JA/Z tych wczesnych dni bardzo mało pamiętam. Przeważnie bawiłem się z Tereską Lancucką wewnątrz baraku
(moja równieśniczka wiekiem/Koja po opuszczeniu Zw. Sow.), było też dwóch chłopców, młodszych od nas,
których nazwisk i imion nie pamiętam. Lańcuccy i Wereszczakowie spali naprzeciwko nas.

O/Darowatka posiadała szkołę. Późną wiosną ‘40 roku już skontaktowalem się z Rodziną na Wołyniu
(Darowatka nie miała poczty, trzeba było iść do Laptiuga) i dostałem paczkę, po paru tygodniach, z żywnoscią.
Przez Rodzinę zapytalem się Brodeckiego (dyrektor szkoly w Potaszniu), co myśli o zmuszeniu naszych dzieci
do szkolenia w rosyjskiej szkole. Odpowiedź była prosta, ”każda nauka jest pożyteczna”. Jadzia i Tadek,
z innymi, poszli do szkoły, która była w północno wschodniej cześci Posiołka.

JA/Nastala rozwilż, gdy stało się cieplej parę razy pamiętam zabawę zewnątrz w małej kotlinie,
kilkanaście metrów od drzwi baraku. W kółko otoczona brzozkami, które już były pokryte jasnymi liśćmi.

Przeważnie było teraz pusto i cicho w baraku. Wszyscy dorośli wychodzili do pracy wczesnym rankiem,
po śniadaniu Jadzia z Tadkiem szli do szkoły. My, mali, bawiliśmy się do znudzenia aż nadchodziła pora obiadowa.
Siedziałem wtedy przy oknie wyglądając powrotu Jadzi z Tadkiem. Jadzia urządzała obiad.
Z.

Darovatka, Kirovskaya Oblast, Rosja 1942 –
https://kresy-siberia.org/hom/element/deportation/specposiolki-work-camps-for-deported-families/darovatka_close_up/

Marian Pacholak
do Zbigniew Kwiatkowski

21 października 2019 r.

Witam serdecznie,
tekst zamieściłem; podziwiam pamięć; bardzo, nie tylko już historycznie, interesująca historia;
pozdrawiam - Marian

Zbigniew Kwiatkowski
21 października 2019 roku

Ojca cześć prosto z obszernych zapisów (cztery grube zeszyty) losów jego życia.
Doskonale władajac rosyjskim nie miał żadnej trudnosci nawiązania kontaktu z okoliczną ludnością,
która też ucierpiała od skutków poprzednich zmian i przeważnie współczula nam. Dobra pamięć?,
to mieszane uczucia. Własna pamięć tych lat to bardzo realne, powtórne, przeżycie tych wydarzeń.
W przeciwieństwie do Rodzeństwa, to co zapamiętałem na zawsze zostało swieże w pamięci.
Gdy Ojciec dniami spisywał jego/nasze życie Mama nie wierzyła w przyszłe zainteresowanie tą historią.
Ja, dopiero lata po jego śmierci, czytając jego rekopis nie mogłem uniknąć odpowiedzialności uzupełnienia
z własnej pamięci. Obowiazek sumienia wobec już nie żyjacych, to co przesyłam Panu to najważniejsze
obserwacje Ojca (pisał obszernie i szczegółowo) i wszystko zapamiętane osobiście.

Serdecznie,
Z.

Zbigniew Kwiatkowski
Darowatka /1.
21 października 2019 r.

Witam,

O/Na tym Posiołku było pięć starych baraków, jeden zajęty Komendaturą, jeden Stołówką/sklepikiem.
W pozostałe trzy wtłoczyli nas, jak śledzie do beczki, były pełne pluskiew. Obszar między barakami,
a budowaną koleją, był zasłany starymi wykrotami [dziura w ziemi po wyrwanym przez wiatr drzewie].
Z czasem dowiedzieliśmy [się], że baraki były zbudowane przez wywiezionych Ukraińców (około czterystu),
którzy wszyscy wymarli przed naszym przyjazdem.
Został tylko jeden, któremu pozwolono przenieść się do jednej z wiosek.

W mojej grupie “drwali” początkowo było jedenaście osób, trudno było “przyjść do siebie”
po wstrząsie psychicznym wywiezienia, a tęgie mrozy z głębokim śniegiem odbierały siłę do pracy.
Z początku, w stołówce, można było kupić 200 g chleba w dodatku do zupy, ale tylko przez pierwsze tygodnie.
Z nastaniem wiosny rozpoczęła się budowa dodatkowych dwu baraków i oczyszczaniem wykrotów.
Po zbudowaniu tych baraków stało się mniej ciaśniej, my zostaliśmy na miejscu w baraku najbliższym Kuzniecowki.
Z wiosną nastało też widoczne, że odleglość między rzeczkami była mniejsza niż było widoczne
pod głębokim śniegiem. Brzeg bliski Czerniawki był łagodnym stokiem. Zimą zamarznięta grubym lodem.

JA/Późną wiosną i latem, jak wspomniałem wcześniej, dosyć regularnie bawiłem się zewnątrz.
Oprócz Tereski było parę chłopców, rówieśników wiekiem, z którymi szukaliśmy wczesnych malin opodal baraku.
Las był niedaleko, równolegle do baraków, ale odchodził na lewo od tej łąki przy szczycie. Za brzozową kotlinką
wysoka trawa rosła aż do dalszej linii lasu, wąska dróżka z głębokimi koleinami prowadzila w tym kierunku
ponad kotlinką. Przy lekkim wietrze trawa falowala.

O/W parę tygodni, po zapędzeniu nas do pracy, zaczęły się tak zwane “sowieszczanie”, gdzie wywołano mnie
po imieniu i skrytykowano za niewyrobienie “normy”. Odpowiedziałem, że trudno wyrobić normę, gdy duża cześć
brygady cierpi na biegunkę. Było już około jedenastej, ale został wezwany “zawieduszczy” kuchni
i publicznie skarcony przez Tumanowa, leśnego “naczalnika”.

Latem dostaliśmy pierwszą paczkę żywności od mego szwagra i wiadomość, że do naszego domu
wprowadzila się żydowska rodzina z Galicji, która nie bardzo sprawiedliwie obchodziła się z pozostałą tam moją siostrą.
Napisałem do nich kartkę i, po paru tygodniach, na tej samej kartce miałem odpowiedź: ”Życzę by Pan i moja rodzina
mogły wrócić do własnych domów”. Nigdy nie dowiedziałem się ich nazwiska. Też tego lata, z Edwardem Kuriatą,
postanowiłem się upomnieć niewypłaconej zapłaty za slużbę w Sowieckim Nadleśnictwie w Michalinie.
Po długim czasie odpowiedzieli, że muszę się zwrocić do prokuratora w Równem, a ten polecił zwrócenie
do prokuratora Oblasti, w której mieszkam. To zrobiłem pisząc do prokuraktora w Gorkim,
naturalnie nigdy nie dostalem odpowiedzi.

Mężczyzn podzielono w dwie grupy, oprócz stalego wyrąbu, jedna grupa rąbała drzewa, które druga grupa
obrawiała na kłody budując nowe baraki i inne potrzebne budynki przez następne lata.

Milicjanci NKWD nas pilnujacy szczególnie nam nie dokuczali. Było ich trzech, Komendant Mielkow,
milicjanci/Bazanow, Kisielow. Na drugi rok przydzielono czwartego, Kowrygina. Ten, chociaż nie srogi,
jednak był gorszy od innych. Bazanow przeważnie sprawdzał obecność w barakach.
Przepustki do okolicznych wiosek przeważnie się dostawało, ale pójście bez przepustki pociągało
niemiłe konsekwencje. Nie pozwalano dużych zebrań ludzi w jednym baraku lub na długo w grupie.
Były częste zwołania polityczne, gdzie “uświadomiano” nas i tłumaczono, że tu nasze życie na zawsze.

Zima ‘40 r. była bardzo trudna do przeżycia. Ciasnota w barakach, śnieg po pas w lesie, jedyne wyżywienie
poległe na zarobkach z lasu, siły wyczerpywały się szybko. Nie było sposobu opanować głód, ogarniał strach,
że przyjdzie się zginąć tu razem z dziećmi. Z nastaniem wiosny paczki od szwagra ratowały nam życie.

Oczyściliśmy wykroty i wykopaliśmy dwa rowy, ”drogi”, przez teren Darowatki. Kopanie tych “dróg” było podzielone
na każdego mieszkańca posiołka. W lesie pojawiło się więcej kwiatów, przeważnie niezapominajek,
niż widziałem w życiu. Moje stosunki z Tumanowem pogorszyly się. Pewnego razu zostalem, z Kuczynskim,
skierowany na przewożenie klód z rosyjskimi robotnikami. Zajęło to kilka dni i dowiedzialem się, przy wypłacie,
że ta pomoc nie została wpisana na moją listę. Wieczorem, parę dni później, poszedłem do kancelarji Tumanowa
zapytać o wyjaśnienie. Odpowiedział “Nie wiem”, ja odpowiedziałem “Prokurator w Gorkim wyjaśni”.
Na co Tumanow “Za kilkanascie rubli będziesz mnie meldowal?” Nie zauważyłem Mielkowa w kącie,
który poderwał się na nogi mówiąc “Tu nie miejsce na to sprawe, staw się w komendaturze o 7-mej jutro,
dziesiętnik też, dodajac i wy Towarzyszu również”. Rano sprawa trwala parę minut, dziesiętnik potwierdził
podanie mojej listy do Tumanowa. Mielkow rzekł “Więc sprawa jasna, lista do zapłaty natychmiast,
nie wiecie z kim igracie, jak was wsadzę to czort was nie wydostanie”. Nie wiem, czy groźba prokuratura
miała jakis wpływ, ale wyplatę dostałem natychmiast.

Wiosną poprosiłem o przepustkę do niedalekich Malej i Dużej Ekatarynowki. Smutno wyglądały, domy
z poczernialych, okragłych, kłód i desek. Było 1-szego Maja, w wiosce nie było ludzi, w oddali zobaczyłem
ruch i konie zaprzężone w jedynkę. Na północnym wylocie stało dwóch, starych, mężczyzn, zapytałem się,
gdzie mogę zobaczyć jak świętują 1-szy Maj. Pokiwali głowami “Jaki czort 1-szy Maj, to u was świętują,
chyba jesteś z Darowatki, u nas widzisz wszystkich popędzili do pracy”.

JA/Niedługo trwały maliny opodal baraku, prędko pochłodnialy dnie. Ciepłe południe zachęcało zewnątrz,
ale tylko na krótki czas, zacząłem spędzać więcej czasu przy oknie. W nieregularnych odstępach czasu
płaskie platformy naładowane żwirem, ciagnięte przez małą, zieloną “drezynę” jechały torem
w kierunku Czerniawki. Na wierzchu siedziały robotnice.

Serdecznie,
Z.

Zbigniew Kwiatkowski
Pamięć zesłan.

22 października 2019 r.

Pozdrawiam,

Uwaga Pańska o pamięci zastanowila mnie. Wczoraj siedziałem rozmyślając o różnych reakcjach na przeszłość.
Na przykład : Kilkanaście lat wstecz likwidowała się Polska Drukarnia (półtora km ode mnie) drukujaca dawny
“Dziennik Polski” i szereg książek Polskiej Fundacji Kulturalnej. U nich kupiłem książeczkę napisaną przez syna
mężczyzny z grupy Ojca w Darowatce, gdzie już pracował chociaż był jeszcze uczniem.
Skontaktowałem się telefonicznie, oprócz powitania i pożegnania tylko słuchał.
Na przesłane informacje z zapisów Ojca nie odpowiedział. Rozumiem jego ból i milczenie, część jego Rodziny
wymarła na wygnaniu, los który ominął nas. Ojca zapisy to refleksje dorosłego o przeszłości, moje to dziecinny
kalejdeskop wydarzen, bez świadomości w tym czasie, o ich tragicznych konsekwencjach.
Będąc starsi, więcej świadomi rzeczywistosci, Jadzia z Tadkiem inaczej pamiętali wygnanie.
Jadzia zupełnie zignorowała przeszłość, Tadek niechętnie ją wspominał, tylko ja zawsze byłem ciekawy.
Rodzice często rozmawiając o niej, w mojej obecnosci ograniczali się do weselszych części tematu.
Interesujaco, zdolność wczesnej pamięci dzieliłem z Ojcem, od części czwartego roku życia.
Ostatecznym “bodźcem”, który zobowiązał mnie do kontynuowania Ojca zapisów była uwaga znajomej
(pracowała w Ministerstwie Obrony U. K., przeglądajac i niszcząc raporty z lat wojennych)
“Jeżeli nie poszanujesz i uzupełnisz Ojca wysiłek, wszystko pójdzie w niepamieć, jak raporty którymi się zajmuję”.

Serdecznie,
Z.

Darowatka/2.
Zbigniew Kwiatkowski
22 października 2019 r.

Witam,

O/Późną wiosną pracowałem w lesie z Miszalowskim, gajowym z Nadlesnictwa Michalinskiego.
Mieszkał a Gajowce Razkow. Przy pracy zaczął zwierzać się o zamierzonej ucieczce, zachęcając
mnie do współudziału. Nic nie miałem do odpowiedzi bo z małymi dziećmi w rodzinie było to
zupełną niemożliwością. Sądziłem, że to tylko puste gadanie, ale Miszalowski, był samotny,
coraz więcej gadał o swoim zamierzeniu przy obecności innych. Nadomiar młoda para wydalila się
z Posiołka tej wiosny. Szybko byli złapani i zwróceni. Odbyło się dochodzenie po tym wypadku
i dużo ludzi było przesłuchanych przez specjalnego politruka. Wzywani byli pojedynczo,
co parę dni, przez długi czas, często nocą.

Mój sąsiad Edward Kuriata, gajowy, był wywieziony z nami. Był sam, bo Rozalia, jego żona,
w czasie wywózki była ciężko chora po urodzeniu się drugiego dziecka. Edward często zachodził do nas,
o czym wiedziała władza. W przeciwieństwie do Miszalowskiego nigdy nie zwierzał się o zamiarze ucieczki,
dobrze wiedzac, że to mnie było niemożliwoscią. Jednej ciepłej Niedzieli usiadłem pod brzozą odpoczać,
gdy nadszedl Kisielow, by spokojnym głosem oznajmić mnie o wezwaniu do Komendatury.
Na takie wezwanie poczułem pot na czole. W Komendaturze zastałem Mielkowa i nieznanego politruka.
Wciąż mi było “cieplej”. Politruk zapytał się o moje nazwisko, wiek, wykształcenie, zatrudnienie w Polsce
i jak się czuję w Sowieckim Sojuzie, czy zarabiam wystarczająco na utrzymanie siebie i rodziny.
W końcu skreslił parę znaków na kartce pytając, czy wiem co [to] znacza. Odpowiedziałem “las”.
Były również pytania polityczne, które były trudne do odpowiedzi. Wiedziałem, że Mielkow nie był zadowolony
z tego przesłuchania i, gdy politruk przerwał na chwilę, zwrócił się do mnie dość łagodnym tonem bym żył tu
spokojnie bez nielegalnych zamiarów, a jeżeli napotkam jakieś trudności zwrócić się do niego.
Na koniec powiedział “Bądź spokojny”.

Badanie trwało około czterdzieści minut nim wróciłem do baraku, gdzie czekała wystraszona żona.
Parę tygodni później sprawa wyjaśniła się. Zbierałem sie do pracy z Miszalowskim, Edward też już przyszedł
tego ranka, gdy wszedł Kisielow i zwrócił się z poleceniem do jazdy na stację Neje (Neja na bocznym torze,
nie Neja na głównej kolei), gdzie będą ładować wagony, grubszego odzienia nie potrzebują, bo na noc
wrócą do domu. Oni poszli do czekającej platformy, a ja wyszedłem za nimi, bo to wydawało [się] niezwykłe.
Stojąc przy baraku widziałem, jak z komendatury wyszedł ten obcy politruk i usiadł obok nich.
Nigdy już nie widziałem Miszalowskiego, Edwarda spotkałem w Persji. Dużo później dowiedziałem się,
że mnie także podejrzewano o zamiar ucieczki, ale Mielkow w to nie wierzył, bo miałem młoda rodzinę.

Znowu zmieniła się praca, zorganizowano grupę do budowy mostów ściagając część robotników z lasu.
Kobiety, przeważnie, budowaly kolej ładując i sypiąc piasek na nasypy. Te same kobiety wykonywaly ciężką
pracę układania szyn. Pracy nie można było zmieniać bez pozwolenia, ja przy braku Miszalowskiego
musialem wziąć do pomocy żonę, a zarazem warunki życiowe pogarszały się. W stołówce brakowało
najprostszego jedzenia. Wydano nam ksiażkę żywnościową i chleb ograniczono na funt dziennie dorosłym,
pół funta niedorosłym. Poza tym prawie nic nie było, w sklepiku, co dwa czy trzy miesiące można było kupić
malutką porcję margaryny. Gdy obydwoje musieliśmy pracować, to nawet nie było okazji pójść do wioski,
by coś sprzedać. Starsze dzieci jakoś się trzymaly, ale Zbysio tak wynędzniał, że straszno było na niego patrzeć.
Z początku braliśmy go ze sobą do pracy, później zabrakło nam sił i musieliśmy zostawiać jego w baraku samego.
Siedział na stole przy oknie godzinami i upadał na zdrowiu, w końcu opanowała go żółtaczka.
Żona opuściła pracę, by zaopiekować się nim, jej racja chleba zostala obcieta do 20 dk.

JA/Z końcem lata zacząłem się czuć niezdrowy. Mało pamiętam z następnych miesięcy, w jakimś okresie
siedziałem na kłodzie w lesie, opodal kopcącego ogniska. Co wyraźnie zostało w pamięci to siedzienie
przy oknie, szare dnie i stałe czekanie na powrót Jadzi z Tadkiem. Musiało być blisko Bożego Narodzenia,
w baraku było ciepło i gwarno, gdy coś mnie skusiło do spojrzenia na rozgrzany piec.
Na wierzchu stał mały konik, przekonany, że to dla mnie, podbiegłem i podniosłem. Zrobiony z gliny jeszcze
nie wyschły, odłamała się noga i wybuchłem płaczem. To był świąteczny prezent od Tadka,
gdy wysechł zupełnie, towarzyszył mnie wszędzie. Zagubił się gdzieś podczas późniejszej podróży na południe.

Leżał już glęboki śnieg, gdy Mama powiozła mnie do szpitala w Chmielowce. Motorowym wagonem
pojechaliśmy do Neji, gdzie pracował Kochanowski, tam spędziliśmy noc w magazynie śpiąc na jakiś wypchanych
workach. Rankiem wsiedliśmy do jednokonnych sanek. Młoda dziewczyna była woźnicą, za nią Mama
ze mną na kolanach, wszyscy grubo ubrani.

Słoneczny, mroźny dzień, kolorowe iskierki błyskaly po śniegu, gdy wyruszyliśmy przez ogromną płaszczyznę
do odległego lasu, gdzie był szpital Chmielowki. Jazda trwała niedługo, weszliśmy do długiego korytarza,
gdzie czekało kilkunastu ludzi. Po krótkim czasie wezwano nas do końcowego pokoju, gdzie była młoda lekarka.
Badanie zajęło tylko parę minut, pamiętam jej współczujące oczy, gdy podała mnie Mamie. Miałem żółtaczkę,
lekarstw nie było w szpitalu, musieliśmy wracać bez pomocy.

Powracając byliśmy już prawie w pół drogi, gdy nasza klacz sposzyła się i pobiegła kłusem,
woźnica straciła popręg i wyleciała w śnieg. Sanki zaczęły latać na boki, Mama kurczowo trzymajac mnie,
kilkadziesiąt metrów dalej my też wylecieliśmy w śnieg, klacz z sankami na boku pobiegla do Neji.
Śnieg był tak glęboki, że utknęliśmy na miejscu, woźnica w oddali tak samo utknęła. Tak staliśmy
przez długie minuty, oddalone budynki Neji wyraźnie widziane. Tam, nagle, pojawili się ludzie i ruszyli
z pomocą. Bez długiego czekania wracaliśmy do Darowatki. Jedna z współpasażerek długo rozmawiała
z Mama. Lata później dowiedziałem się szczegółów, ta miłośliwa Rosjanka skierowała Mamę do swej Matki.
Ta stara kobieta, ryzykując więzienie, praktykowała domowe leczenie. Przez następne tygodnie, codziennie,
piłem gorzką ciecz i przychodziłem pomału do zdrowia (Mama mówiła, że piołun był jednym z ziół tego “leku”.
Byłem zaskoczony, gdy parę lat temu dowiedziałem się o chińskim badaniu nowego leku przeciw malarii
używajac... piołun). Te leczenie musiało być skuteczne, bo wyraźnie pamiętam snieżne dni nad Czerniawką,
leżał śnieg, rzeczka zupełnie zamarznięta grubym lodem i dzieci, różnego wieku, ślizgające się
po jej łagodnym brzegu.

Serdecznie,
Z


[Bylica piołun (Artemisia absinthium), zwyczajowo nazywana także piołunem, psią rutą,
absyntem, wermutem, bielicą piołunem, bilicą piołunem]

Darowatka/2.
Zbigniew Kwiatkowski

czw., 24 paź. 2019 r.

Witam,

O/ Gdy żona przestała pracować w lesie, [mogła] zaopiekować się Zbysiem, w bardzo krótkim czasie
te pięć 200 gr. porcji chleba okazały się nie wystarczające. Codzienny głód stał się “normalny”.
Głodny szedłem do pracy, a pracując nie miałem pewności, że wracając zastanę wszystkich przy życiu.
Przeważnie czekał mnie kawałek chleba, nie miałem odwagi zapytać skąd. Niedaleko Posiołka była malutka
wioseczka, Poczynek, złożona z dziewięciu domów. Gdy nam uszczypnęli chleb z tej mizernej racji,
ci bardzo biedni, ale szlachetni ludzie czasem mnie pomagali sami prawie będąc w takiej samej biedzie.
Jednego dnia znikąd nie dostałem jedzenia, w baraku też nic nie było. Bez słowa poszedłem do sklepu
zapytać o możliwość kupna chleba. Tam, na półce, było trochę połamanych kawałków, poprosiłem o kupno,
bo cały dzień nic nie jadłem. Sklepikarz, Czerwiakow, siegnął po kawałek i zatrzymał rekę w powietrzu mówiąc,
że należny mnie chleb został już wykupiony. Powtórzyłem prośbę, odpowiedział, że chleba nie sprzeda,
bo karmię “lodara” (nieroba). Doszło do kłótni, ale musiałem pójść bez chleba, przechodzący Bazanow powiedział
“Tu nie miejsce na takie gadanie, jeśli o coś mnie chodzi przyjdź do Komendatury”.

Nadchodziła druga zima, warunki życiowe stale pogarszały się, po powrocie do baraków pędzili nas do ładowania
brzozowego materiału na wagony, wracając czułem się jak polano.

Głębokiej jesieni przy pracy poczułem straszny ból w boku, z pomocą ludzką wróciłem do baraku,
gdzie zawołano lekarkę posiołka, Szatunowa (młoda, przed dwudziestką). Ta robiąc kompresy zażądała furmanki,
by odwieźć mnie do szpitala. Tam, pomału, bóle ustały, ale czułem się bardzo słaby. Odesłano mnie z powrotem.
Szatunowa dała mnie zwolnienie na parę dni obiecując dalsze badanie. Niemożliwość pracy pogorszyła naszą sytuację.
W tym samym okresie, mieszkający z nami, Lancucki był stale karcony za nieosiagnięcie “normy”
(Nadleśniczy z Polski/starszy wiekiem, fizycznie słaby), ująłem się za nim na jednym zebraniu mówiąc,
że “Takiego chorowitego człowieka nie powinno się wysyłać do pracy w Sow. Soj.”. Oprócz Tumanowa obecny był
Komendant i tak zwany “Partyjny”, po paru tygodniach Lancucki stał się stróżem przy Sklepie, często zastępowała go
Pani Lancucka. Ogólnie, chociaż wszyscy głodowali, nikt zupelnie nie stracił nadzieje na coś lepszego.

JA/ Ten rok naprawdę tylko jednym, prawdziwie, wyraźnym wydarzeniem został w pamięci, jeśli chodzi o czas przed zachorowaniem, inne wspomnienia nigdy nie były tak ostro zarysowane w pamięci, aż do szpitalnej przygody.
Był wczesny wieczór, stałem na dworze z Tatą i Mamą (więc musiała być niedziela), całe niebo za koleją było pokryte
kolorami, czerwone, niebieskie, a najwięcej jaskrawe były zielone, cały czas ruchome. Był nas tam cały tłum,
niektórzy mówili o widzianym krzyżu. (Będac dorosłym widziałem te polarne zorze, ale nigdy tak wyraźne i jasne).
Leżał śnieg, lata później dowiedziałem się, ze to była Wielkanoc ‘40 r.

O/ Nadchodząca zima ‘40/41 r. napełniła mnie strachem o przeżycie. Pomoc z Kraju zawsze była nikła i nieregularna,
odległość miała własny skutek, ale tym w Kraju również się nie przelewało. Obuwie dzieci było na wykończeniu,
szczególnie Jadzi. Pewnego dnia w pracy, przy ognisku opodal mnie siedziało dwóch Rosjan, Nagibin i Pawlow
z Dużej Ekaratynowki. Zawołali mnie na pieczoną kartoflę, po paru minutach Nagibin powiedział “Nie zaprosiłem cię
tylko na kartofle, chcę ciebie coś zapytać bez uczynienia ci przykrosci”. Odpowiedziałem “Z pewością nie będzie mnie
przykro”. Zapytał się mnie, czy mam pieniądze na kupno walonek dla dzieci, powiedziałem mu prawdę “Nie, nawet
na chleb nie mam czasami”, czując się zupełnie zaskoczony pytaniem, a jeszcze bardziej jego odpowiedzią:
”Tak przypuszczałem, chcę pożyczyć ci pieniądze na ich kupno”. Nie wiedzialem jak podziękować temu człowiekowi,
który przyszedł nam z pomocą w tak tragicznym położeniu. Nagibin dał mnie małą karteczkę, nakazał natychmiastowe
pójście do jego domu, gdzie jego żona, szczupła blondynka, dała mnie dwieście rubli. Walonki dla dzieci kosztowały
94 rb. i resztę zwróciłem następnego dnia. Długu spłacić w żaden sposób nie mogłem, dałem jemu swój, kieszonkowy
zegarek. Był nim ucieszony, bo takiego zegarka tu nie można było kupić, dodał mnie jeszcze 29 rb.
Po niedlugim czasie Nagibina, jako rezerwistę, zabrano do wojska, odchodząc prosił, bym pomagał jego żonie.
Ona przeniosła się do Darowatki i aż do naszego wyjazdu, czesto zachodziła do nas.

JA/ Na tej jedynej fotografii z Darowatki Jadzia w nowych walonkach.

Serdecznie,
Z.

Darowatka/3.
Zbigniew Kwiatkowski

pt., 25 paź. 2019 r.

Witam,

O/ Zimą 40/41 r. rozbolal się mnie ząb do takiego stopnia, że nie mogłem pracować. Lekarka skierowała mnie
do szpitala, a ten, za przepustką NKWD, do “bolnicy” w Szarji. Tam, po całodziennym czekaniu, ząb został usunięty,
ale w Szarji musiałem przenocować. W pobliskiej jadłodajni nie było jedzenia, to samo następnego ranka
i wracałem głodny. W pociągu do połączenia z bocznicą poznałem młodego człowieka jadącego rekwirować traktory
w okolicy Darowatki. Od początku bocznicy do Neji, pierwszej osady, szliśmy piechotą. Był tęgi mróz i, będąc bardzo
zmęczeni, przenocowaliśmy w “obszczym zytelotwie”. Tu, w czasie rozmowy, mój współpodróżnik oznajmił
“Przecież ja też jestem Polakiem”. Nazywał się, już dobrze nie pamiętam, Sloninowski albo Slonimowski.
Chociaż dalej pracowałem w lesie lekarka starała się wyslać mnie na dalsze badanie, to zabrało czas aż do lata.
W międzyczasie oprócz pracy w lesie wysyłano nas do ładowania wagonów w Szabrysie. Tam stołówka była
nieczynna, praca ciężka i głód nieubłagalny. Po paru dniach stolówka otworzyla się, młode kobiety z jedynym
mężczyzną stanowiły obsługę. Wszyscy byli bardzo ciekawi naszego życia w Polsce. Cały czas ubywało mnie
zdrowie i praca stawała się trudniejsza z każdym dniem.

Do posiołka przysłano mlodą komsomolkę, której nazwiska nie pamiętam, ale na imię miała Fainka, by zająć się
sprzedażą chleba. Zawsze starała się by dostać chleba nieco więcej, a po sprzedaży normalnych porcji zbierała dzieci
z liczniejszych rodzin i tę nadwyżkę im sprzedawała. Jednego dnia, gdy kolejka przed sklepem była długa,
nadszedł Bazanow zwracając jej uwagę, że powtórnie sprzedaje chleb. Będac zajęta dopiero po paru minutach
zareagowała gniewem, ”Wiem, co robię i co do mnie należy tak samo wiem, co do ciebie należy”, dodając
“Poszoł won od sudowa”. Bazanow spuścił glowę i poszedł, Fainka dalej sprzedawała chleb.
Była daleko przed dwudziestką, zgrabna, starała się pomóc dzieciom i [była] wysoce ceniona przez zesłańców.

Głód stale pogłębiał się na posiołku. Dzieci nasze, chociaż głodne, osiagały dobre wyniki w szkole,
ich świadectwa były oznaczone “otliczno”.

JA/ Jak wspomniałem wcześniej, do względnego zdrowia powróciłem, gdy jeszcze śnieg leżał wszędzie.
Nie na długo, ale parę razy byłem nad zamarzniętą Czerniawką, by ślizgać się po jej lagodnym brzegu.
Rozpoczynała się budowa mostu, chociaż dalej sypano nasyp dochodząc do rzeczki, gdzie szyny prawie
już sięgały. Nasyp od przystanku stawał się wyższy stopniowo, po stronie baraków stromy dla małych nóg,
po przeciwnej o wiele niższy, za nim rosły cienkie brzózki. Z nastaniem wiosennego ciepła często paru nas
siedziało na nasypie klepiąc gliniane cegielki na szynach. Gdy nadchodził pociąg pospiesznie staczaliśmy się
w dół. Dnie pomału cieplały, pojawiły się pierwsze liście na brzózkach i trawa około drzwi baraku.
Było już dobrze ciepło, gdy szedłem z Mamą wzdłuż Kuzniecowki do ogrodu za rzeczką, gdzie pracowała.
Słoneczny ranek, na przeciwnym brzegu tej wąskiej rzeczki czeremcha kwitła aż do kolejowego mostu.
Jej oszałamiający zapach został w pamięci na zawsze. Ogród był na lewo za mostem, pamiętam małe główki
kapusty siedząc obok grządki. Też przypominam ostrożne przejście przez most, był bez poręczy.
W rzeczce szumiała woda i leżało kilka dużych belek. My skręciliśmy na lewo, Mama mówiła,
że na prawo dróżka prowadzi do młyna.

O/ Pewnego dnia poszedłem do Laptiuga odebrać przysłaną paczuszkę. Zwykle żona z Tadziem tam chodzili
zabrać nasze rzadkie paczuszki żywności. Po jej odebraniu zaszedłem do chałupy człowieka, który naprawiał
szleje i chomonty kołchoźne, miał 66 lat. Zapytałem się dlaczego tyle domów stoi zabitych deskami,
gdzie są ci ludzie? Odpowiedział “Ne znaju, uwiezli”. To było 7 lat wstecz i nikt jeszcze nie wiedział,
co z nimi się stało. Mężczyzna był małomówny z początku, ale wkrótce weszła bardziej rozmowna młoda kobieta.
Ta, w toku rozmowy, powiedziała, że namawiają młodzież, by jechała osiedlić się na naszych byłych okolicach.
Zaproponowałem, by objęła mój stary dom, chcąc dać jej adres, ale stanowczo odmówiła mówiąc,
że nie pojedzie, bo boi się, że tam ich zabiją.

Naturalnie było dużo inych wydarzeń na posiołku, ale jest niemożliwością spamiętać je wszystkie.
Na wiosnę 41 r. Komendant zorganizował zabawę. Z okolicznych wiosek przybyło sporo młodzieży.
Zabawa odbyła się koło Komendatury pod opieką Mielkowa, oprócz tańców Rosjanie dużo śpiewali.

Będąc ciągle niezdrowy, w najgorszych dniach Szatunowa dawała mnie “sprawke” uwalniającą od pracy
obiecując, z wizytą na posiołek starszej lekarki, dokładniejsze zbadanie. Ta przybyła pozną wiosną i zdecydowała
wysłać mnie na prześwietlenie do odległego o 200 km Kirowa. Dała też pisemne zwolnienie na lżejszą robotę.

JA/ Z wiosennym ciepłem prędko wyrosła trawa. Brzózki pobliskiej kotlinki pokryły się liścmi i znikła tam wilgoć.
Tam teraz najwięcej się bawiłem z równieśnikami, chociaż przeganiali nas starsi chłopcy po powrocie ze szkoły.
Jednego podwieczorka stałem na dworze z Mamą, z rozległej łąki naprzeciw szczytu naszego baraku powracały
konie z wieczornego pojenia. Ogromnie rozradowałem się widzac Tadka siedzacego na koniu. Odmiennie Mama
była przerażona widzac go siedzącego na oklep, w moich oczach koń był ogromny, a Tadek przykładem odwagi
i umiejętności.

Budowa mostu na Czerniawce postępowała prędko, często stałem patrzeć się jak mężczyźni podciągali sznurem
ogromną klodę w górę rusztowania, by puszczając ją wbić grubego pala dalej w głąb dna rzeczki.

Serdecznie,
Z.

Darowatka/4.
Zbigniew Kwiatkowski

sob., 26 paź. 2019 r.

Witam,

O/ Po orzeczeniu lekarki dawano mnie różną pracę, ale do ścinania świerków już nie wróciłem.
Około 10-tego czerwca wyruszyłem do Kirowa, biorąc pod opiekę młodą zeslankę, Paprotna, która była
skierowana na badanie oczu. Miała 16 lat. Przy wyjeździe Komendant dał mnie kartkę z poleceniem kupna
kliszy fotograficznych, a Pani Kozubska lisie futerko do sprzedaży, a dziesiętnik prosił o kupienie kilku szprych
do roweru, których tu nie można było dostać. Pociąg złapaliśmy na rozjeździe bocznicy i głównego toru.
Daleko jeszcze było do wieczora, gdy wysadziłem Paprotną pod opiekę NKWD sam jadąc dalej.
Po drodze do Kirowa nie było żadnyh miast, tylko większe lub mniejsze stacyjki. Krótko przed wieczorem
byłem na stacji w Kirowie, która była zapchana tłumem czekających na pociągi, dowiedziałem się, że niektórzy
czekali od paru tygodni bez możliwości kupna biletów, bo w przechodzących pociągach było brak miejsc.
Do miasta był spory kawałek drogi, nachodziłem się niemało nim znalazłem właściwy urząd NKWD.
Stąd skierowano mnie do domu noclegowego, tu musiałem wypełnić, (wytłumaczyli, tylko po rosyjsku)
duży formularz. Urzedniczkę bardzo zaskoczył charakter mojego pisma, dostałem talon na kupno bardzo
ograniczonego jedzenia, do którego można było dokupić 200 g wódki. Jednak wpierw była przymusowa kąpiel
z oddaniem ubrania do parówki, obsługa wyłącznie kobieca. Musiałem drałować przez calą salę nago.

Na drugi dzień poszedłem szukać polikliniki, zostałem przyjęty na popołudniowe badanie i udałem się
do centrum miasta załatwić sprawy z posiołka. Po drodze zapytałem przechodzącą dziewczynę,
gdzie mógłbym to uczynić. Zaofiarowała swą pomoc przedstawiając się jako Nina Onyskowa,
wyglądała wątłego zdrowia. Znaleźliśmy duży magazyn, gdzie kupiłem klisze, ale szprych nie było i futerko
Kozubskiej nie mogłem sprzedać. Badanie miało być przed wieczór, Nina ofiarowała się pokazać mnie trochę
Kirowa, który wtedy miał około ćwierć miliona ludzi. Pamiętam wizytę na bardzo ruchliwą Główną Pocztę,
po drodze przechodziliśmy obok ogromnego budynku skąd dochodził głos wielu maszyn. Wedlug Niny, fabryka broni.
Tak chodząc spotkaliśmy znajomą Niny, wysoką dziewczynę, której imię i nazwisko nie mogę przypomnieć.
Pogoda była piękna, usiedliśmy na ławce w parku, gdzie kupiłem nam lemoniady. Obydwoje były bardzo ciekawe
wieści o życiu za granicą i odprowadziły mnie do kliniki. Tam przyjął mnie Dr. Babkin, diagnoza: suchy “plewryt”,
był bardzo przyjacielski i długo ze mną rozmawiał, bo byłem ostatnim pacjentem dnia.

Chociaż zamieniliśmy adresy z Niną, nie miałem możliwości ją zobaczyć przed wyjazdem, moja przepustka
byla do 14-tego czerwca. Prawie nie śpiąc, bardzo wczesnym rankiem stałem w kolejce po bilety.
Kolejce tak długiej, że nie było widać stacji. Po pewnym czasie zacząłem rozmawiać z kobietą koło mnie.
Ubrana elegancko, była nauczycielką. Po długim czasie nadszedł jej mąż, też nauczyciel w Kirowie, z biletem.
Ona poszła do stacji, on do miasta, a ja stałem dalej nie wiedząc, co z tego będzie. Po długim czasie ogłoszono,
że w nadchodzącym pociągu jest 70 miejsc, tu czekało parę tysięcy. Słysząc to wyszedłem z kolejki i poszedłem
prosto na stację. Pociąg już wjechał, kasa zamknięta. Wskoczyłem na peron i dobiegłem do zawiadowcy,
pokazując mu moją przepustkę. Na widok trójkątnej pieczątki NKWD wprowadził mnie do kasy mówiąc
“odin bilet NKWD”. Wskoczyłem do przeładowanego wagonu, którym jechałem do południa, gdy kontrol biletów
kazała mnie wysiąść na następnej stacji, nie było wyjścia mój bilet był ważny tylko do tej stacji.
Tu zawiadowca podpisał powód mego zatrzymania na mojej przepustce, na stacji była duża grupa szkolnych
uczennic, z którymi rozpocząłem rozmowę. Tak samo jak w Kirowie były bardzo ciekawe zagranicy.
Tak wspólnie czekaliśmy na tej stacji. Pod wieczór podszedł do mnie młody mężczyzna z zaproszeniem
na nocleg mówiąc, że wcześniej była tu kobieta z dziećmi, ale nie miała śmiałości tego powiedzieć.
Powiedział “do mojego domu jest 6 km, mam chleb, kwaśne mleko i butelkę wódki, mieszkam przy malej stacyjce,
gdzie łatwiej będzie kupić bilet, bo nikt z kołchoźników pociągiem nie jeździ”. Pożegnałem uczennice
i poszedłem z nim. Droga wychodząc z lasu koło stacji była wyłożona klockami drzewa, ułożonymi na sztorc
i stale szła w gorę. Krajobraz piękny, którego nie mogłem podziwiać będąc bardzo głodny.
Wioska, zamieniona na kołchoz, była bardzo biedna. Rodzina mego wybawcy składała się z jego żony,
rodziców i bratowej której mąż, wojskowy, był na służbie w Tarnopolu. Powiadali mnie że, według brata,
w Tarnopolu jest wszystko. Przed 5-tą zbudził mnie dziadek mówiąc “wstawaj bratie, tiebie wremia” wskazując
mnie stację odleglą o pareset metrów. Tu znowu spotkalem te same uczennice. Dostalem bilet z numerem 2
do przedzialu z żołnierzami, podróżując długo z nimi rozmawiałem, gdy wysiadałem wszyscy
zasalutowali na pożegnanie.

JA/ w tych [dniach] letniej porze czułem się dobrze, często bywaliśmy nad Czerniawką. Woda tu była ciemna
i za glęboka dla nas małych, ale rozlegly, suchy, brzeg między drzewami zachęcał do zabawy i, naturalnie,
ciekawość postępującej budowy mostu. Dorośli przechodzili rzeczke, powyżej mostu, kładka z kilkunastu desek,
te chlupały wodą przy przejściu i nikt z nas nie miał odwagi, by stanąć nawet na początek kladki.
Gdzieś w tym czasie poszedłem z Tadkiem odwiedzić ojca w pracy. Wąska droga, zdaje się w północno
wschodnim kącie posiołka, weszliśmy w początek lasu. Byłem bosy idąc dużą, gładką, koleiną pozostałą
po ciagniętych kłodach. Po prawej stronie był wysoki brzeg, na który wygramoliłem się z trudem, weszliśmy
do domu, gdzie Tato pracował. Stał przy oknie heblując dużą deskę, wióra pokrywały całą podlogę,
zapach żywicy wszędzie. Tato napoił nas jakimś sokiem z malin i poszliśmy z powrotem.

Też w tym okresie widziałem wypadek na kolei. Chociaż most na Czerniawce był już częściowo zbudowany
to jeszcze dowożono piasek w jego pobliże. Kierowca ciągnika przeładowanego pociągu zagadał się
i spóźnił się z hamowaniem, kobiety skakaly z platform, które zaczeły wpadać pod most, Mama między nimi.
(Lata później dowiedziałem się, że zostala ranna jedna młoda Ukrainka).

Chociaż lato było ciepłe nie było w pobliżu tyle malin, jak w zeszłym roku. W ciepłe podwieczorki było nas
pełno w “zabawnej” kotlince. Ktoś zbudował wózek z pedałami i godzinami różni chłopcy próbowali wyjechać
z kotlinki. Zwykle z nastaniem zmroku i chłodu rozpalali ognisko, nasz barak będąc blisko, często tam byłem
przy końcu lata. Pewnego dnia Tadek przyniósł do domu rybkę, którą złapał wędką z włosa końskiego ogona
i szpilki, miała 20-ścia parę centymetrów długości. Złapał ją na rozlewisku Czerniawki/Darowatki,
gdzie zimą starsza młodzież się ślizgala i syn rosyjskiego młynarza wpadł, bez szwanku, pod lód.
Mama usmażyła ją, podzieliła na porcje, była bardzo smaczna.

Noce były już chłodne, ale dnie gorace, gdy Jadzia wzięła mnie na grzybobranie za Czerniawka.
Trzymając jej rekę, z wielkim strachem, przeszliśmy Czerniawkę kładką i weszliśmy na nasyp od prawej,
stromej strony. Po drugiej stronie rósl gęsty las na równinie, gdzie chodzilliśmy, z innymi ludźmi, całe popołudnie.
Grzybów prawie nie było, pamiętam tylko parę małych w Jadzi rękach, gdy zaczeliśmy wracać, bardzo bolaly
mnie nogi, słonko chyliło się do zachodu, ale gorąc nie ustawała. Z trudem doszedłem do mostu, wychodząc
z lasu na kolej czerwone słonko świeciło nam prosto w twarz. Ledwo wlekąc nogi przez kladkę,
dojścia do domu nie pamiętam.

Serdecznie,
Z.


„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” (Mt 6,11).

Zbigniew Kwiatkowski

pon., 28 paź. 2019 r.

Następna część zakończy Darowatke razem z losem niektórych wygnańców. Dalszy ciąg wydarzeń
po tak zwanej “amnestii” to podróż na południe i ostateczna głodówka w Kirgizstanie, do wyjazdu
z Polskim Wojskiem, koniec sierpnia ‘42 r.

Serdecznie,
Z.

Darowatka/5. Ostatnie miesiące i wyjazd.

Zbigniew Kwiatkowski
pon., 28 października 2019 r.

O/ Po powrocie od razu zostałem wysłany do koszenia trawy z Estaminową (córka Tumanowa) żoną
Leśnego Naczelnika i żoną Mieszczuka z Malynska. Marne to było koszenie osłabionych przez już ogólnie
panujący głód w okolicy. Potem byłem cieślą przy naprawie domów, tam Mielkow dał mnie do pomocy
dziewczynę z jej młodszym bratem. Ojciec ich był w wojsku, byli w skrajnej biedzie i ta ich “praca”
była pomyślana pomocą Mielkowa. Tam chodziłem piechotą (około 6 km), czasem biorąc Tadka.
Jeszcze przed wybuchem wojny Rosyjsko-Niemieckiej urwał się kontakt z Rodziną w Kraju,
warunki życia stale pogorszały się, musieliśmy jakoś przeżyć na stałe kurczącej się żywności w okolicy.
Koniec sierpnia zwiastował pierwsze chłody.

JA/ Na naszym, dziecinym, poziomie na pozór mało się zmieniło, jednak częściej pamiętam głodne czekanie
na następny posiłek. Jednego, wczesnego wieczoru, stałem z grupą młodzieży w kotlince słuchając krążącego
samolotu przez długi czas. Następnego dnia dorośli mówili, że rozbił się przy lądowaniu koło Chmielowki.

O/ W sierpniu mieliśmy duże zebranie. Nakazano nam wybrać po jednym przedstawicielu z każdego [z] pięciu
baraków, by przedstawić nasze zapatrywania na toczącą się wojnę. Z naszego baraku wybrano mnie.
Naprawdę mało mieliśmy do powiedzenia, nie wierzyliśmy w ich szczerość mówienia prawdy i zbyło się
na ogólnikach. Z początkiem września w Darowatce pojawił się Polski porucznik w pełnym umundurowaniu,
jechał na poludnie z Rodziną zabraną z Poldniewicy (14 km na północ) jeszcze jednego miejsca wysłania.
Od niego dowiedzieliśmy [się] o tworzącej się Polskiej Armii w Buzułuku i bliskiego uwolnienia nas.

JA/ W tym okresie pamiętam, że Mama chodziła do Daroszewa, gdzie, mówiła, jest bardzo mokro,
dnie już były zimne.

O/ Wkrótce zostały być wydane “udostowierenija”, uwalniające nas. Około dwadzieścia Rodzin,
moja między nimi, ich nie otrzymało. Dopiero w połowie października zostałem wezwany do Komendatury,
gdzie Mielkow wręczył mnie ten dokument. Natychmiast zacząłem się przygotowywać do wyjazdu.
W międzyczasie 18/10/41 r. wyjechał pierwszy transport, z dużą grupą starszej młodzieży, pod opieką Pana Fuksa.
Z początkiem listopada zgrupiliśmy [zgrupowaliśmy] przeszło stu ludzi, którzy podzielali zamiar wczesnego
wyjazdu na własną rekę. Ja, Kochanowski i jeszcze jeden czlowiek (nie moge przypomniec nazwisko) poszliśmy
do polowego lotniska koło Chmielowki z prosbą o transport. Dowodzacy Pułkownik chętnie przyrzekł pomóc,
jednak zalecając pozostanie na miejscu, ”Idzie zima, a Sowiecki Sojuz wszedzie taki sam”.
Transport był przyrzeczony na ósmego listopada.

JA/ Z poczatki jazdy do em [?] jesieni/września zaszły zmiany w codziennym życiu. Jadzia i Tadek już
nie chodzili do szkoły, Ojciec cały czas coś majstrował, Mama suszyła suchary. Było bardzo mało cheba
na posiłki, cały czas byłem głodny, zabawa zewnatrz była rzadka i nie kusiła.

O/ Z myślą o bliskim wyjeździe pospiesznie zbijałem skrzynki na podróż, żona zajęła się żywnością.
Głównie suchary z bardzo ograniczonej porcji. Pomogła tu praca w posiolkowym ogrodzie, gdzie Ojciec
jednej, Rosyjskiej, współpracownicy często coś przysyłał żonie. Na imię miala Lena.

Przed południem 8/11/41 r. przyrzeczone dwa wagony przybyły do Darowatki, nasza grupa była gotowa
od wczesnego ranka i bez zwłoki załadowaliśmy się. Pociąg (dwa wagony) zawiózł nas do Ponazyrewa
na głównej linii i weszliśmy do budynku stacji, którą zupełnie zajęliśmy. Widząc to zawiadowy wezwał milicjanta,
ten nakazał natychmiastowy powrót pociągiem, który jeszcze nie odjechał. Stanowczo odmówiliśmy wyjścia
ze stacji. Tam siedzieliśmy dwa dni nim pozwolono nam wykupić bilety do Kirowa. Poza zamiarem jazdy
do Kirowa tylko miałem mętny plan kierowania się na południe, w jakiś sposób dostać się do Brytyjskich Indii.
Marzenie, jak się wykazało, nie do wykonania.

JA/ Pamiętam dzień pakowania się i tłum przy przystanku, gdzie stał syczący parowóz z dwoma, czerwonymi,
wagonami. Leżał śnieg, dzień był pochmurny, szary. Przejazd do Ponazyrewa nie trwał długo, następne dnie
to pamieć zatłuczonej sali i wsiadania do wagonu z miękimi siedzeniami i oknami. Wkrótce zasnąłem.

-----------------------------------------

W ostatnich latach dużo czasu spędziłem poszukując dawnych współwygnańców z Darowatki.
Ustaliłem, że pociąg wywózki rozdzielił się (prawie pewność) w Szarji, część wygnańców powieziono
drogą do Poldniewicy (podejrzewam, że Poldniewica, potocznie “gorodok” naprawdę była Daroszewem Matki),
bo nasz wagon po przybyciu do Szabrychy był ostatni, w podróży gdzieś w połowie.

Dalszy los wywiezionych? Lancucki zmarł gdzieś w Kazachstanie, żona z córkami była w Koji/Uganda,
przyjechala do U.K. [w] ’48 r. Fuksa Ojciec spotkał na stacji w tymże kraju, dalszy los nieznany.
Edwarda Kuriate Ojciec spotkał w Persji, po wojnie wrócił do Polski i połączył się z żoną. Antosie Kuriate
Ojciec widział w Iraku, po wojnie wyszła za mąż kończąc życie w Kanadzie. Kozubscy w U.K. po wojnie
wyjechali do U.S. Stefka Kozinska z Matką przyjechały po wojnie do U.K. z Meksyku. Władysław Flak
zginął w bitwie o Orsze ‘44 r. Kuczyński z częścią Rodziny zmarł w Kazachstanie, ocalali w U.K. [?]wskich
wyjechal do Kanady po wojnie. Laskowscy do U.K. Znalazłem też innych, nie wspomnianych przez Ojca.
Nasza podróżująca Grupa została ostatecznie rozproszona w Dzalal Abadzie/Kirgizja. Z Darowatki istnieje
zdjęcie uczni/Wojskowe Muzeum w Bialymstoku.

Oglądając stosunkowo niedawne zdjęcia Darowatki, ”przystanek”/budynek w oddali może być pozostałością
tych lat. Twarzą do budynku, w lewo 200 m nasza “zabawa” na torze. Przy Kuzniecowce nikt się nie bawił,
była wąska z głębokimi brzegami.

Serdecznie,
Z.

 

Zbigniew Kwiatkowski
pon., 4 listopada 2019 r.

Pozdrawiam,

Właśnie wczoraj otrzymałem informacje, ktore, prawie z pewnoscią, wyjaśniły stosunek liczb
Darowatki/Poldniewicy (około 600/2000). Do tej okolicy było dwa transporty, wagony zbierane
w Zdolbunowie i Baranowiczach z docelowa stacja, Ponazyrewo. Ten pierwszy, nasz, musiał być
podzielony przed tą stacją i ci ludzie drogą przewiezieni do Poldniewicy. Mały szczegół, ale może się
komuś przydać w przyszłości.

Serdecznie,
Z.
P.S. : obydwa transporty miały podobna liczbę wywożonych 1319/1290.
 

Zbigniew Kwiatkowski

pt., 8 list. 2019 r.

Serdecznie Panu dziekuję. Chyba wspomniałem, że na portalu Jezuitow/Dzalal Abad zamieściłem opis dalszego naszego losu (w skrócie). Z Ponazyrewa wyjechała grupa licząca ponad stu, ale, ścisle licząc, po przybyciu do Kirowa w dalszą podróż wyruszyło nas około czterdziestu (w Kirowie Ojciec spotkał min. Kota, który zalecal mu pozostanie w tym mieście). Własnych pieniędzy już by tylko starczyło na dojazd do Swierdlowska, gdzie utknęliśmy na bocznicy. Nie chcę nadużywać Pańskiej dobroci, ale, jeżeli uważa Pan, że nasz dalszy los (do wyjazdu z Krasnowodska) zaciekawi czytelników to chętnie go opiszę.

Serdecznie, Z.

Zbigniew Kwiatkowski

śr., 13 list. 2019 r.

Dziękuje bardzo. Też z ciekawością czytałem Dubanewiczową, osobiste wspomnienia z codziennego życia zawsze uważałem
za rzeczywistość przetrwania. Żałuję, że nie miałem możliwości szczegółowego spytania Rodziców o nazwiska tej, naszej,
ostatniej grupy (znam tylko cztery z częściowym ich losem po opuszczeniu Zw. Sow.).

Następny etap zacznę od podroży do Kirowa.

Serdecznie, Z.

Po Darowatce.
Zbigniew Kwiatkowski

czw., 14 list. 2019 r.       

Witam,

O/ Tym razem podroż do Kirowa zajęła parę dni. Wagon nasz często był odczepiany i przyczepiany do różnych pociągów idących
w tym kierunku. W Kirowie postawiono na[s] daleko od stacji.

Ja/ Z tych dni najbardziej zapamiętałem częste szarpanie z ogromnym hałasem, gdy byliśmy przyczepiani do kolejnego pociągu.
Okna wagonu były pokryte skroploną parą i tylko raz widziałem krajobraz zewnątrz. Pociąg skręcał w lewo, równolegle do niskich,
lasem pokrytych gór. Wszędzie głęboki las. Jednak naprawdę ciekawe mnie były powietrzny kabel wzdłuż toru i ramiona lokomotywy
z nim łączące się. Dużo później dowiedziałem się, że to była elektryczna lokomotywa, ale nie mam pewności,
gdzie to było w stosunku do Kirowa/Swierdlowska.

O/Po paru dniach na dalekiej bocznicy, kilku z nas poszło do stacji, gdzie zawiadowca obiecał przemieścić nas w pobliże,
co dokonał tego samego dnia. Tu, przypadkowo, spotkałem min. Kota, który poradził nam pozostanie na miejscu. Nie wierzyłem jego zapewnieniom.
Cały teren stacji był zatłoczony ludźmi, między nimi dużo wywiezionych Żydów, którym, mimo “amnestji”, Rosyjskie Władze zabraniały wyjazdu,
taka była rzeczywistość “wolności”. Nasze pieniądze były na wyczerpaniu, możliwości dalszego wyjazdu, nikłe. Widząc w tłumie młodego,
około trzydziestki, Żyda, kiwnąłem głową, by podszedł. Po cichu wytłumaczyłem jemu naszą sytuację, zamiar wykupienia wagonu do Taszkentu
i propozycje. Nasza ścisła grupa liczyła około czterdziestu osób, jeśli on zbierze grupę dziesięciu współtowarzyszy z pieniędzmi,
razem wykupimy ten wagon. Naturalnie by uniknąć NKWD muszą wejść do wagonu, gdy będzie ciemno. W krótkim czasie sprawa była załatwiona,
o wiele, wiele, dłużej zajęło wynajęcie wagonu do Taszkentu. Koszt 800 rubli.

Gdy zapadł zmrok dołączyła do nas ta dziesiątka i już wszyscy  oczekiwaliśmy wyjazdu, który nastąpił około jedenastej tego samego wieczora.

Ja/ Ojciec nie wspominał czy to był ten sam wagon (z Ponazyrewa), ale w mojej pamięci został wizerunek wchodzenia do zielonego wagonu,
przy zmroku, prosto z toru. W oddali ruchome światła kolejowego ruchu. Też pamiętam odgłos nadchodzącego parowozu i szarpniecie
łączących się zderzaków. Te odgłosy były częste przez całą podroż na południe.

Pierwsza pamięć z podroży to wieczorny postój na wielkiej stacji. Po lewej stronie było kilkanaście torów, wagony, przeważnie towarowe,
bezustannie poruszały się w obu kierunkach. W pewnej chwili ogromny  zielono czerwony  parowóz zatrzymał się przy oknie gdzie siedziałem.
Para zasłoniła okno, mdlący smród gorącego oleju wypełnił wagon.

O/ Wagon wynajęty do Taszkentu, ale podroż nie była bezpośrednia ani częścią  jednego pociągu, to była powtórka Ponazyrewa do Kirowa
z dodatkiem stawania by przepuścić pociągi w przeciwnym kierunku. Gdzieś jeszcze przed Uralem pociąg zatrzymał się w jakimś mieście
na dłuższy czas, było po południu i bardzo mroźno. Żona wyskoczyła z wagonu i pobiegła na pobliski rynek, wkrótce wróciła wołając
“Ale się mnie udało, kupiłam dwadzieścia funtów żytniej mąki”. Kupiła, za co? chustkę z głowy. Nie było nic do powiedzenia.

Przed samym Uralem nasz wagon został dołączony do elektrycznego pociągu idącego w kierunku Swierdlowska, ale tego miasta nie zobaczyliśmy.
Za Uralem stale podróżowaliśmy na południe. W Czeliabinsku, gdzie kupiliśmy trochę chleba i spotkany Polski kapitan przyprowadził Rosyjską lekarkę
do dzieci, które były chore na odrę. Był komendantem Placówki Polskiej, która wspomagała pieniężnie takich jak my.

Mieliśmy kłopot z Żydami, którzy stale się kłócili przy podziale chleba, w końcu poprosili mnie bym tym podziałem się zajął
i przynajmniej, do pewnego stopnia zapanował spokój.

Ja/ Odra musiała nas “złapać” wkrótce po tej dużej stacji, bo pamiętam siedzenie przez długie godziny przy oknie.
Przypominam przejazd przez długi, przęsłowy most na szerokiej równinie. Za mostem pociąg stanął, było słonecznie i wkrótce zobaczyłem
nadjeżdżający pociąg z przeciwka. Tadek zaczął liczyć wagony, a raczej płaskie platformy, przestał po stu trzydziestu. Na platformach, nie wszystkich,
były ciężarówki, czołgi, działa i samoloty bez skrzydeł. Jadzia mówiła, że przejechaliśmy Wołgę, myśląc o tym teraz wątpię, że to była ta rzeka.

Serdecznie,
Z.

 

 

Image: